Pomimo mojego uporządkowanego stylu życia potrafię być spontaniczny. To kolejny dowód ;). Bartosz w komentarzu rozpoczął dyskusję o porażkach i postanowiliśmy ją rozwinąć biorąc się za kolejny „mit” rozwoju osobistego. Wyniki tej mailowej dyskusji znajdziesz poniżej. Na pewno nie wyczerpaliśmy tematu, więc kontynuacja w komentarzach wysoce wskazana :).

„Nie ma porażek. Są tylko informacje zwrotne.”

Mariusz: Osobiście uważam, że wyrwany z kontekstu ten zapis może szkodzić. Jak wytłumaczyć człowiekowi, że nie ma porażki, skoro on sam czuje się z wynikiem, który osiągnął podle? Pamiętam, gdy na studiach zawaliliśmy prezentację. Tragicznie. Miało być super, ale rzutnik nawalił, magnetofon dał ciała, a publika nas „zjadła”. Do tej pory pamiętam, że to był jeden ze słabszych dni dla mojego ego.
Podobnie, gdy pierwszy raz prowadziłem szkolenie z zarządzania projektami. Dostałem ocenę 3,7 na 5. Stwierdziłem, że to masakra. Jest jeszcze sporo takich wydarzeń, które wspominam jako moją porażkę. Nie sprostanie oczekiwaniom. Nawet nie innych, bo dla niektórych takie oceny ze szkoleń to marzenie ;). Bardziej moim własnym. Nie wydaje Ci się, że ludzie odrzucą tę myśl właśnie dlatego, że jest spłycona?

Bartosz: Ja bym zaczął tutaj od samiuśkiego początku. Gdybyśmy powiedzieli jakiemuś facetowi, który śpi pod mostem, że nie ma czegoś takiego jak porażka, mógłby on tego nie załapać :). Przykład bardzo ekstremalny, ale jakże prawdziwy. Podobnie będzie, gdy powiemy to zdanie komuś, komu według niego samego poniósł porażkę i teraz jest przygnębiony lub odczuwa jakiekolwiek inne uczucie, którego chciałby nie odczuwać i wchodzi w dialog wewnętrzny w stylu „ale jestem beznadziejny, do niczego się nie nadaję”.
Kwestia leży w samym słowie, jego interpretacji i nadaniu mu znaczenia. Tak – to my możemy nadać znaczenie słowom i w istocie tak robimy. Porażka dla mnie jest zapewne czym innym niż dla Ciebie. Stąd też sądzę, iż każdy z nas może mieć własną definicję tego słowa. Pytanie pozostaje – czy jest ona korzystna dla Ciebie?

Jakiś czas temu na swoim blogu napisałem o prostym ćwiczeniu, a mianowicie: opisz swój możliwie jak najgorszy dzień, jaki tylko mógłbyś sobie wyobrazić, ale bez używania przymiotników. Zrób to ćwiczenie teraz i zobacz co Ci, wyjdzie :)

Mariusz: Opisałem wyżej. Masakra, tragedia, koniec świata. Ani jednego przymiotnika ;). Dotknąłeś sedna: w momencie przeżywania sytuacji, w której wynik uzyskany przez nas jest inny od oczekiwanego trudno jest człowiekowi mówić „Nie martw się, to tylko informacja zwrotna.” ;). Zresztą co to za język jest. Jest trochę jak mówisz, że spojrzenie z dystansu daje nam inną perspektywę. Ja bym chciał mieć tę perspektywę tu i teraz! Nie dać się, tylko od razu wyciągać wnioski.

Sedno wg. mnie tkwi w pytaniu, które sobie stawiamy. Pytasz o coś słabego to taką odpowiedź dostaniesz. Nauczyłem się zadawać sobie pytanie „Co jest w tym dobrego dla mnie?”, „Co można z tym zrobić?”. I to nie jest teoria. Gdy zaczynałem biznes i sprzedaż przez telefon, tzw. „coldcalls”, czyli dzwonienie z książki telefonicznej, jak z ulicy bardzo często słyszałem mniej lub bardziej uprzejmą odpowiedź „NIE”. Zajęło mi trochę zrozumienie tego, że Ci ludzie nie odrzucali mnie jako Mariusza, ale moją ofertę w tym momencie! Popracowałem nad ofertą i sposobem sprzedaży i efekt jest zgoła odmienny.

Inny przykład. To, że nie spodobałeś się jednej dziewczynie, nie oznacza, że nie podobasz się żadnej. Tak, wiem, że w to też trudno uwierzyć, gdy właśnie dostałeś kosza, trudno spróbować jeszcze raz. Jak w takiej sytuacji wykorzystać twoje ćwiczenie? Jak praktycznie połączyć moje i twoje rady w spójną całość? Proponuję przykład człowieka, który skończył studia, wysyła CV gdzie się na i nie ma odzewu. Jak traktować to jak nie porażkę? Co z tym zrobić. Może zaproponujemy jakiś konkretny algorytm działania.

Bartosz: Właśnie – tragedia, masakra, koniec świata. A jakby sytuacja wyglądała bez przymiotników? Magnetofon nawalił, rzutnik dał ciała, a publiczność nas zjadła, czyli pewnie brak było tutaj odpowiedniego przygotowania scenariuszy. Czyli mamy tutaj tylko same informacje: magnetofon może zepsuć się w każdej chwili, rzutnik również, a publika może (a nawet powinna!) mieć swoje zdanie.

Co można było w tej sytuacji zrobić? Mieć zapasowy magnetofon, przygotować się na to, że może nie być rzutnika (załatwić drugi lub skonstruować prezentację tak, żeby ewentualnie nie odczuwać jego braku), a do tego bardzo solidnie przygotować się z tematu, wziąć pod uwagę wszelkie możliwe wątpliwości i pytania publiczności, jakie mogą być zadane. Oczywiście, przygotować się na wszystko nie można – jednak należy tu podkreślić, iż zbierając doświadczenie można być gotowym na wszystko. Trening bokserski za każdym razem przygotowywany jest pod konkretnego przeciwnika – szuka się jego słabych stron itd. Ale czy przeciwnik nie może mieć jakiś własnych opracowanych „sztuczek”? Oczywiście, że może! I z pewnością będzie miał! Dlatego dla mnie słowa „przygotowany na nic, gotowy na wszystko” są swego rodzaju podstawowym założeniem, z jakiego wychodzę, angażując się w cokolwiek.

Co do perspektywy dystansu „tu i teraz”… Hm, to bardziej złożona kwestia. Jeśli ktoś „tkwi” w myśleniu o porażkach jako czymś najgorszym, co może się stać – po prostu nie będzie miał dostępu do tej perspektywy. Jego postrzeganie będzie ograniczone i tyle. Ale tę perspektywę można sobie wyuczyć, wrzucić do kategorii „nawyki”. Proponuję następnym razem, gdy coś się „schrzani”, tak jak napisałeś, od razu w momencie przyjścia emocji bólu, zawodu itp. zapytać się samego siebie „Co mogę z tego wyciągnąć? Jakie pozytywne aspekty tej sytuacji mógłbym dostrzec?” – to powinno od razu ukierunkować naszą uwagę na zupełnie inne tory.

Jeżeli by zapytać jakiegokolwiek człowieka sukcesu, co dało mu najwięcej doświadczenia – sukces czy porażka, z pewnością odpowiedziałby że albo porażka, albo obydwa równocześnie. Niekiedy wydaje nam się, że ci, którzy teraz mają miliardy na koncie w swoim życiu odnieśli pasmo sukcesów. G***o prawda – odnieśli oni więcej porażek, niż ci, którzy w ogóle działania nie podjęli. Ot, na przykład Donald Trump – miliarder, prawda? A kto wie, że w swoim życiu 4 razy był totalnym bankrutem? (informacja zaczerpnięta z blogu Damiana Redmera, który ostatnio miał tutaj swój gościnny wpis).

Swoją drogą, dotknąłeś bardzo ważnego tematu przy okazji sprzedaży – ludzie nie odrzucali Ciebie, a jedynie Twój komunikat. To jest genialne spostrzeżenie! Zauważmy, że większość osób porażki traktuje jako coś osobistego, że to z nimi jest coś nie tak. Pamiętajmy, że my jako osoba nie możemy być swoim komunikatem, swoimi działaniami, a nawet swoimi myślami! To my to wszystko tworzymy, jesteśmy producentami – więc jak możemy być swoim produktem? To tak, jakbym ja miał być swoim blogiem :).

Co do algorytmu – nie chciałbym popaść tutaj w techniczność, to znaczy „zrób A, potem B i C, a na pewno zmienisz swój pogląd”, jednak przydałoby się co nieco kilka rzeczy uporządkować. Ja bym bardziej traktował to jako drogę, którą każdy przejdzie na swój sposób.

Pierwszym krokiem według mnie powinno być oddzielenie własnej tożsamości od działań. Tak jak pisałem, to, co robimy nie jest nami, a jedynie wynikiem tego, w jakim stopniu rozwinięte są nasze pewne umiejętności, jakie mamy kompetencje.

Drugim krokiem byłoby dla mnie szukanie informacji – nie tyko tego, że coś spieprzyliśmy, ale też tego, co to nam daje. Edison podobno ponad 10 000 razy próbował stworzyć żarówkę, zanim udało mu się w końcu wpaść na materiał, który będzie działać. Zapytany o to, jak postrzega te 10 000 nieudanych prób powiedział mniej więcej: Po prostu znalazłem 10 000 sposobów na to, jak nie stworzyć żarówki. Dlatego jeśli coś Ci nie wychodzi, coś się nie udaje – rozwijaj się właśnie w tym kierunku, poszerzaj swoje kompetencje. Wpadki uczą tak samo dobrze jak sukces, jeżeli tylko potrafisz z tego skorzystać.

Trzeci krok to odejście od słów, a właściwie od ich znaczeń – nazwij następnym razem swoją „porażkę” najwspanialszym doświadczeniem, które mogło Cię spotkać. Autentycznie tak o nim pomyśl _ zobacz jak to wywołuje odczucia, jak do siebie mówisz po tych słowach.

A teraz troszkę inna kwestia – bo każda porażka, którą ja traktuję jako doświadczenie, rodzi pytania. Co jest nie tak, co mam zmienić, dlaczego tak się stało? Jak według Ciebie powinniśmy znaleźć odpowiedź na te pytania?

Mariusz: Żeby to jakoś zebrać, bo pojawia się kilka wątków :).

Po pierwsze: twoje działania i skutki tych działań to NIE TY! – nie bierz wyniku osobiście do siebie, chociaż to nie oznacza, że masz się nim nie przejmować wcale.

Po drugie: jeżeli zaczynasz coś robić przygotuj się też na niemiłe niespodzianki i zastanów się co z nimi zrobisz.

Po trzecie: jeżeli coś pójdzie nie tak, to nie oznacza, że coś z Tobą nie tak. Trzeba się zastanowić, co poszło nie tak, żeby kolejnym razem zrobić to dobrze.

Po czwarte: każde wydarzenie to okazja do nauki. Albo ją wykorzystasz i czegoś się nauczysz, albo zmarnujesz to, w co w tę naukę zainwestowałeś (swoje ego, czas, pieniądze, relacje).

Mam wątpliwości ile osób jest gotowych „kupić” stwierdzenie „Wszystko, co mi się przydarza jest najlepszym, co mi się może przydarzyć w życiu!”. To takie stwierdzenie, które ja nie do końca kupuję, chociaż życie mnie nauczyło, że każde wydarzenie to nauka.
Naturalniej chyba jest właśnie do tych pytań, które zadałeś na końcu „Co jest nie tak? Co mam zmienić? Dlaczego tak się stało?”, a jeszcze dodałbym do tej litanii „Co jest ze mną nie tak, że zawsze mnie to spotyka?” ;).
Gdybym tutaj szukał jakiegoś konkretu, to zacząłbym od szukania faktów. To, co proponowałeś „bez przymiotników”. Co się faktycznie stało? Co zrobiłem w tej sytuacji? ? Tutaj jest pewien trik, bo opiszesz to ze swojego punktu widzenia. Jeżeli masz okazję kogoś jeszcze, kto pomoże Ci na to spojrzeć obiektywnie to bezwzględnie warto to zrobić.
Drugi krok to wyciągnięcie wniosków: Czego się nauczyłem? Co zrobiłem dobrze w planowaniu? Co zrobiłem dobrze w realizacji? Co zawiodło w planie? Co poszło nie tak w realizacji?

Kolejny krok to szukanie opcji: Co mogę następnym razem zrobić inaczej? Czego mogę zrobić więcej? Czego mogę zrobić mniej? Co zacząć robić? Co przestać robić?

Czasem mam wątpliwości, gdy mówię o tych pytaniach i że to działa. Ćwiczę to podejście świadomie już 12 lat, chociaż jestem przekonany, że taki sposób myślenia wyniosłem z domu. Jedyne co mogę powiedzieć, że to działa. Niezależnie na jak duży problem napotkasz. Dodatkowo pomaga mi rozmowa z kimś, kto mnie rozumie. W sprawach biznesowych wiem, że mogę zadzwonić do kilku osób, które zrozumieją, co czuję i dadzą mi się „wypłakać”, a później podrzucą kilka opcji. To bezcenne. Są jednak tematy, które wolę załatwiać sam, wtedy ta metoda nieźle działa. Największa trudność w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania tkwi w tym, że trzeba zaakceptować fakt odpowiedzialności za rezultat! To, że ta prezentacja nam nie wypaliła to nie była wina rzutnika, publiki, ani magnetofonu. To wynik wielu czynników, ale przede wszystkim naszego, w tym mojego działania. To, że ostatnio „wtopiłem” sporą sumę pieniędzy w prototyp to też moja odpowiedzialność. Trudno, uczymy się. Jakkolwiek bolesne by to nie było. Jak łatwo byłoby powiedzieć „Ale to nie moja wina, wszyscy się na mnie uwzięli.”

Jeżeli nie przejdziesz przez ten etap i nie zaakceptujesz tego, że to Ty możesz coś zrobić nie ruszysz z miejsca. Tutaj pojawia się genialny model DABDA: Denial (Zaprzeczanie), Anger (Gniew), Bargaining (Negocjowani), Depression (Depresja), Acceptance (Akceptacja). Przy doświadczeniach w jakikolwiek sposób dla nas przykrych przechodzimy przez te etapy. Wyciąganie wniosków z informacji zwrotnej dzieje się w ostatniej fazie, gdy już zaakceptujesz nową rzeczywistość. To, że Cię szlag trafia, gdy coś idzie nie po twojej myśli, a później wpadasz w deprechę to dosyć normalne. Pocieszające jest to, że da się wyćwiczyć tak, żeby te fazy działy się coraz szybciej.
Czyli w skrócie: najpierw odreagować, najlepiej poszukać zaufanej osoby, a później zastosować tę wiedzę w praktyce. Niby prosty temat, a tyle warstw się porobiło ;). Czy doszliśmy już do wniosku, czy istnieją porażki, czy też nie? ;)

Bartosz: Wiesz co, napisałeś „kupić” stwierdzenie i w jakiś sposób chyba odpowiednio to nazwałeś – nie wiem czy świadomie, czy nie :). Popatrzmy na ten cały rozwój osobisty – wiele jest „guru” rozwoju osobistego, którzy mówią coś w stylu „kup moją koncepcję, bo jest najlepsza”. A ty to robisz – kupujesz książkę, audiobook, kurs internetowy, szkolenie… Ale gdzieś w tym wszystkim jakby się zatracasz. Gdzieś po drodze czujesz się z tym jakoś obco…

Pamiętam, jak jakiś czas temu bardzo, ale to bardzo „wsiąknąłem” w NLP (kto nie zaczynał od NLP właśnie? :) ). Zmieniłem swoje przekonania, miałem w głowie kilka fajnych schematów… Ale gdzieś zatraciłem siebie. Zamiast komunikować się lepiej, komunikowałem się gorzej, bo z powodu mojego ego uważałem innych za gorszych, udowadniałem im, że ich myślenie jest głupie itd.

Teraz wiem, że jedno małe pudełko zamieniłem na inne, większe… Ale to nadal było pudełko. Nadal moje myślenie było w pewien sposób ograniczone, może co prawda miałem nieco większą wiedzę i szerszą perspektywę, jednak nadal daleko było mi do wolności umysłowej. Dopiero niedawno miałem przebłysk tego, czym jest swego rodzaju wyjście poza umysł i sądzę, że w takim stanie kompletnie niepotrzebne nam będą jakiekolwiek założenia, jakiekolwiek zasady, dogmaty – cokolwiek. Życie po prostu będzie, a Ty będziesz nim, z nim i w nim, totalnie je akceptując.

Popatrzmy na to tak – wielu z nas uważa, że jest coś takiego jak złe emocje. Ale czy naprawdę istnieje coś takiego jak „złe emocje”? A może ból, cierpienie, przygnębienie – to wszystko i jeszcze więcej (złych) emocji jest nam potrzebne, żebyśmy wiedzieli, że nie idziemy tam, gdzie byśmy chcieli? Może nasze emocje są kompasem po tym świecie na drodze ku pełnemu oświeceniu (wyjściu poza umysł lub nazwijmy to jak ktokolwiek chce).

Ja bym powiedział tak -  to my tworzymy nasze życie i to my nadajemy mu znaczenie. Będąc w pudełku naszych umysłów po prostu poruszamy się po schematach, które tworzą inne schematy. Weźmy naszą poczciwą edukację – a właściwie to system edukacji. Dlaczego jednym z jego fundamentów jest wskazywanie błędów i karanie za nie? I czy nie ma to czasem związku z tym, że po 17 latach uczestniczenia w takim systemie wyrabiamy sobie niechęć do błędów? Dlaczego nauczyciele na dyktandach nie podkreślają tego, co napisaliśmy dobrze, a jedynie to, co źle? I to jeszcze na czerwono, kolor mówiący „uważaj!”?

To jest pewien punkt widzenia, pewne pudełko. Można je zamienić na inne – złe doświadczenia są dla mnie dobre, bo mogę wyciągnąć z nich naukę i chociaż źle się z nimi czuję, to wiem, że okażą się dobre. A co by było, gdyby nagle jakiekolwiek pudełko zniknęło? Gdybyśmy po prostu byli całkowitą akceptacją dla wszystkiego, co się dzieje? Gdybyśmy mogli dostrzec we wszystkim piękno? Brzmi jak jakaś wizja utopii, ale tym cechuje się wyjście z pudełka zwanego umysłem. Założę się, że tutaj w wielu umysłach pojawi się walka w stylu „jak to wszystko może być dobre i piękne? A śmierć? A morderstwo?” – ale uprzedzając to, to są pytania wprost z ograniczonego postrzegania i to normalne, że się pojawią (sam je stawiałem i nieco czasu zajęło mi dojście do pewnych „uwalniających” wniosków).

Trochę się „duchowo” zrobiło tutaj. Dlatego nawiążę jeszcze do Twojego modelu – DABDA. W istocie jest to świetny model. Każdy z nas podejrzewam na swojej skórze doświadczył tego modelu nie raz. I rzeczywiście, z podejściem „nie ma porażek” przechodzimy ten proces szybciej.

Tylko cały ambaras w tym, że właściwie to możemy go nie przechodzić :). Wiem, ze dla niektórych to może być totalna abstrakcja, rozumiem to. Ale wybierzmy się teraz w góry. Stoimy u podnóża jednego szczytu i chcemy na niego wejść, bo widzimy, że jest najwyższym wokół nas. Po wielu trudach w końcu możemy rozkoszować się widokiem horyzontu… I jeszcze większej góry, której do tej pory nie widzieliśmy, gdyż zasłaniała nam ją pierwsza. I tak dalej, i tak dalej…

Tak samo jest ze stwierdzeniem „nie ma porażek”. Jest to pewien etap na drodze do pełnej akceptacji świata. Najpierw dobrze jest zdać sobie sprawę z tego, że to my nadajemy znaczenie wydarzeniom i wtedy mamy wybór: możemy nic z tym nie zrobić lub wyciągnąć pewne wnioski na przyszłość. Wtedy, gdy potrafimy brać to, co możemy z naszych błędów, sądzę, że powinniśmy po prostu ruszyć na swego rodzaju walkę z umysłem, by w końcowej rundzie, po ogłoszeniu naszego zwycięstwa w ogóle zniknęły jakiekolwiek błędy, porażki i całe „zło” świata.

Gotowy do boju? :)

Mariusz: Faktycznie duchowo. Jakoś mi to nie przeszkadza, bo patrząc na rozwój osobisty prędzej czy później każdy dotrze do tego etapu: to nie chodzi o narzędzia, chodzi o rozwój swojego charakteru, rozwój duchowy. Problem, który widzę: w tej chwili u osób, które zaczynają z tematem zapala się lampka „Ooo, jakaś sekta. Lepiej tu nie być.” Zaparkowałbym ten temat na chwilę, chociaż mnie osobiście fascynuje i podsumował nasze wnioski w formie jakiegoś kierunku, którym warto się kierować.

1. Cokolwiek robisz istnieje prawdopodobieństwo, że zrobisz błąd.
2. Orientując się, że popełniasz błąd będziesz odczuwał emocje, najprawdopodobniej te, które są mało przyjemne.
3. Daj sobie czas na przejście przez nie, poobserwuj, co czujesz, bo ten przebieg emocji to naturalna reakcja.
4. Zadawaj sobie pytanie „Co jest w tym dobrego dla mnie? Czego się nauczyłem?”. Gdy będziesz gotowy odpowiedzi się pojawią
5. Wdróż wnioski w życie.

Ćwicz to podejście przy kolejnych „porażkach” i zobaczysz w pewnym momencie, że zaczynasz postrzegać je inaczej. Do mojej córeczki, gdy się za długo zastanawia nad słówkiem z angielskiego mówię „Lepiej się pomylić niż nie odpowiedzieć.” I tego chciałbym ją nauczyć. Popełnianie błędów jest naturalne i jeżeli tylko wyciągasz z nich wnioski ruszasz dalej. Bartosz, ostatnie słowo? ;)

Bartosz: Nie strzelaj, a zawsze spudłujesz.

Zaproszenie od Bartosza: Dziękuję bardzo za okazję do współtworzenia projektu, który z pewnością będzie jeszcze bardziej się rozwijał. Czasami okazuje się, że rzeczywiście mała kulka potrafi spowodować lawinę :). Zapraszam Cię do odwiedzenia mojego bloga, gdyż kilka dni temu pojawił się na nim bardzo praktyczny wpis o nauce języków, a w niedługim czasie Czytelników czekać będzie jeszcze więcej niespodzianek. Do zobaczenia na W Zasięgu Ręki!

Mariusz Kapusta

Mariusz Kapusta

Ekspert zarządzania projektami, coach i trener. Prowadzi firmę szkoleniowo-doradczą Leadership Center specjalizującej się w tworzeniu gier symulacyjnych dla managerów. Pasjonat praktycznego podejścia do rozwoju osobistego ? twórca proaktywnie.pl

Leadership-Center Czytaj artykuł

Bartosz Jezierski

Bartosz Jezierski

Jeżeli pragniesz wejść na ścieżkę rozwoju, by codziennie stawać się coraz lepszą wersją siebie... Jeżeli chciałbyś być po prostu szczęśliwy, 24 godziny na dobę,7 dni w tygodniu, 365 dni w roku - zajrzyj na W Zasięgu Ręki i dołącz do innych Podróżników, którzy zaczęli swoją wędrówkę.

Bartosz Jezierski Czytaj artykuł