Bierzemy na tapetę temat filozoficzny, odwieczne dręczące nasze dusze pytanie, czy ważniejsze są dla nas dobra materialne, czy strawa duchowa. Pytanie ostatecznej prawdy: czy jesteś wrednym materialistą, czy uduchowionym idealistą? Czy przeżarło Cię już zepsucie konsumpcjonizmu, czy zachowałeś dziecięcą niewinność? Nie ma określania, trochę to i to. Bądź dorosły i podejmij decyzję! Wolisz być, czy mieć?

Jakoś tak mnie naszło, że to pytanie wydawało mi się trochę ?lewe?. Oczywiście jest świetną pożywką do niekończących się wieczornych, a czasem i nocnych, dyskusji, ale poza tym jego wartość praktyczna jest mizerna. Postanowiłem się nad tematem głębiej zastanowić i podzielić moimi przemyśleniami.

To co jest podejrzane na początek to fakt, że dostajemy tylko 2 opcje do wyboru. I to w dodatku zero-jedynkowe. Nie można sobie cenić i jednego i drugie, trzeba się określić. Jakoś nie za bardzo to odpowiada realiom, bo w naturze rzadko występuje tylko białe i czarne. Postanowiłem sobie wyobrazić w takim razie układ współrzędnych. Na jednej osi mamy ?być?, a na drugiej mamy ?mieć?.

To już bardziej odpowiada rzeczywistości, bo możemy postawić swoją ?kropkę? w jakimkolwiek miejscu, w jakim chcemy. I tak moim skromnym zdaniem będziemy dążyć do naszej równowagi i stanu docelowego. Możemy tam dojść koncentrując się najpierw na zdobyciu środków materialnych, żeby później móc je spożytkować na ?bycie bardziej?, lub skupić się narozbijaniu osobowości, żeby później na tym skorzystać materialnie. Kluczem jest to, żeby nasze życie nie odbiegało od naszych oczekiwań w obu obszarach w dłuższym okresie, bo wtedy człowiek się frustruje. Albo uważa, że się ?zaprzedał? (mieć), albo ?zmarnował życie i nikt go nie docenia? (być).

Wniosek z tego byłby taki, że podchodzenie do tego pytania na zasadzie statycznej jest bez sensu. Warto się zastanowić nad swoją strategią dojścia do stanu pożądanego. Czy wolę inwestować w moją osobowość i na tym później zarabiać, czy najpierw zarabiać, a później inwestować w siebie.

Gdzieś słyszałem fajną opinię, że żeby mieć to trzeba kimś być. I faktycznie wygląda na to, że istnieją bariery, których nie da się pokonać, nie osiągając pewnego poziomu ?bycia?. Nie da się zdobyć materialnej satysfakcji ot tak. Ale tutaj pojawia się pewne pytanie: A co z kolesiami, określanymi potocznie jako ?buraki?, które mają kasy jak lodu, a niespecjalnie wyglądają na uduchowionych?

Dobre pytanie. Prowadzi do kolejnego, co do jasnej Anielki tak naprawdę znaczy dla mnie ?być?? Skąd wiem, że jestem? Ale się filozoficznie zrobiło ;). Docierając do tego punktu, dotarliśmy do pewnej filozofii i zmiany paradygmatu. A gdyby tak zamienić tytułowe pytanie na następujące: doświadczać czy używać?

Skąd się wzięło? Z mojej odpowiedzi na pytanie co to znaczy być i mieć. Dla mnie ?być? oznacza nowe doświadczenia, coś co mnie rozwija, coś co daje pożywkę do myślenia, dalszego rozwoju, coś co zmienia pozytywnie mnie samego. Wewnątrz i na zewnątrz. Co do ?mieć? ? czy naprawdę muszę wszystko mieć? Co mi daje posiadanie? Czy jeżeli ktoś mi powie ? masz tu klucze do mojego mieszkania nad morzem, możesz tam jechać kiedy chcesz i używaj do woli, to odpowiem, ze dziękuję, bo wolę, żeby mi to mieszkanie dał? A na co mi ono? Tak naprawdę ważna jest dla mnie możliwość jego używania, prawo własności jakoś nie jest mi konieczne do szczęścia.

W jakiś sposób przekonałem się, że to ważne spostrzeżenie :). Choćby dlatego, że można teraz myśleć o realizacji swoich celów w dodatkowej kategorii: zamiast co muszę mieć, żeby to zrealizować, zadać sobie pytanie, co czego potrzebuję uzyskać dostęp. A najfajniejsze jest to, że można używać i doświadczać jednocześnie łącząc pozornie wodę z ogniem. W formie premii ostateczny wniosek: nigdy więcej rozważań być czy mieć. Po prostu używać życia i doświadczać go w pełni.

Teraz pytanie, jak uzyskać dostęp do Porsche Carrera ;)? Oczywiście w celu nowych doświadczeń, które spowodują, że ?będę bardziej? ;).