Wszędzie bym się spodziewał inspiracji, ale niekoniecznie w reklamie. I niekoniecznie tak prawdziwego stwierdzenia. Bez reklamowania kogokolwiek, jak będziecie mieli ochotę to poszukacie sami i znajdziecie sobie właściwy produkt ;). Być może musiałem ją zobaczyć, żeby sobie poukładać temat, który cały czas chodzi mi po głowie. Dotyczy jak zwykle mojego hobby: realizowania celów i wszelakich emocji z tym związanych. Zastanawia mnie też to, że najwięcej uczę się na własnych doświadczeniach, sprawdzając w rzeczywistości różne teorie.
Biorę znowu na tapetę jedno z moich największych, a w tym momencie największe wyzwanie: powrót do formy fizycznej sprzed 4 lat, czyli narodzin Wiktorii. Wtedy motywowany tym, żeby dać dobry przykład mojemu dziecku straciłem w ciągu 6 tygodni wagę 16 kg. Później już tylko utrzymywałem formę ciesząc się rosnącą formą. W ciągu ostatnich 2 lat mocno przytyłem przebijając tamten ?rekord? (wynik przyłożenia priorytetów w innym miejscu). W czerwcu zakończyłem sezon szkoleniowy i postanowiłem przyłożyć się do treningów, żeby w ciągu wakacji stracić to czego niekoniecznie potrzebuję i odzyskać formę.
Nauczony doświadczeniem wybrałem się do trenera, wyznaczyłem program treningowy, przyłożyłem się do niego i przez miesiąc ciężko pracowałem. Efekt po miesiącu był stanowczo poniżej oczekiwań. Żadnych spektakularnych zmian, niewielki zasadniczo ruch w dół pod kątem wagi i składu ciała, forma wzrosła trochę, daleko jeszcze do tego, gdzie mogłaby być. ?K?. to nie ma sensu, porażka na maksa?. Trudno uciec przed takim myśleniem, wcale nie zamierzałem, wprost przeciwnie, jakoś samo przyszło ;).
?Wypłakałeś się już??. Jeżeli tak pomyślałeś to rozumiem ;), ale to wypłakiwanie się jest mało ciekawe. Dużo ciekawsze są wnioski dookoła całego doświadczenia. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest, że cała ta cholerna teoria momentami się tak spektakularnie załamuje i nie da się tego ugryźć, a wyznaczając sobie ?ambitne, specyficzne, realistyczne itd.? cele człowiek tylko się bardziej frustruje. Skoro sam sobie robię takie rzeczy, to mogę przez przypadek zrobić komuś krzywdę. Zaczynam w takim razie od kluczowych przemyśleń dotyczących ambitnych celów.
Dobrą ilustracją tego problemu jest pewien stary dowcip, gdzie stary zakonnik płacząc wchodzi do skryptorium, gdzie inni zakonnicy kopiują biblię. Płacze strasznie, trzymając w ręku jakąś księgę. Zaintrygowani przepisujący podchodzą do niego próbując się dowiedzieć o co chodzi. A on pokazuje im pierwszy egzemplarz Biblii, w której jest napisane ?będziesz żył w celi, Bracie?.
Coś podobnego przydarza się każdego dnia w temacie rozwoju osobistego, wyznaczania celów itd. Modele wymyślone przez inteligentnych i kumatych ludzi są upraszczane, tłumaczone, kalkowane, mieszane, miksowane, przeinterpretowywane na miliony sposobów. W efekcie pojawiają się nieporozumienia, pojęcia się mieszają, ludzie próbują tego używać w rzeczywistości, a później się frustrują i rezygnują z realizacji swoich celów, bo dochodzą do wniosku, że coś z nimi jest nie tak. Żeby nie być gołosłownym to opiszę na co warto zwracać uwagę wyznaczając sobie cele.
Ambitne, bardzo ambitne. To ma motywować, bo ludzie są motywowani, przez wielkie osiągnięcia. Ja mam na przykład tak, że jeżeli chodzi o wagę to dużo bardziej zmotywowała mnie do ćwiczeń wycieczka do USA i obejrzenie tam przeciętnego obywatela (wielkość 2x razy otyły obywatel w Polsce) niż wyobrażanie sobie jak dobrze mogę wyglądać. Dopiero w momencie, w którym zaczynam widzieć efekty ćwiczeń i zaczynam się dobrze czuć osiągając kolejne poziomy mogę się motywować ambitnym celem. Wracając do meritum. Ambitne sprawdza się bardzo dobrze przy długoterminowych celach. Za często ambitne łączy się z nierealistyczne. W moim przypadku, niby bazując na danych historycznych 6 tygodni powinno wystarczyć. Nie wystarczyło. Jak się z tym czułem? Kiepsko. Jak to wpłynęło na moją chęć do dalszych ćwiczeń? Negatywnie. Jakie to wydarzenie będzie miało dla mnie znaczenie za rok, pod warunkiem, że będę regularnie trenował? Żadnego! I tu jest pies pogrzebany! Ambitne cele wyznaczać sobie jak najbardziej, ale dać sobie czas na ich realizację! One mają Cię napędzać, a nie frustrować!
Proaktwyność nie oznacza wszechmocności. To, że możesz wybrać jak będzie przebiegać Twoje życie, nie oznacza, że możesz nagle zmieniać prawa rządzące wszechświatem! Zastanów się na co rzeczywiście masz wpływ. W przypadku utraty wagi i zdobywania formy. Na co masz wpływ? Na swoją wagę? Na skład ciała? Na szybkość rozwoju mięśni? Nie, nie i jeszcze raz nie. Na żądną z tych rzeczy nie masz wpływu bezpośredniego! To ma zasadnicze znaczenie dla poprawnej interpretacji tego co się robi! Cel to oczywiście jakaś sensowna waga przy odpowiednich proporcjach składu ciała. Bez dyskusji. Natomiast codzienne ważenie się to prosta droga do porażki, przynajmniej dla mnie. To co ma sens sprawdzać to, czy wykonałem mój plan treningowy, na ile trzymałem się diety, jak dużo dałem z siebie w czasie treningu. Na co dzień mierz to, na co masz bezpośredni wpływ. Co jakiś czas sprawdzaj jak bardzo przybliżyłeś się do swojego celu. Wtedy ew. modyfikuj codzienne plany.
Cierpliwość. Tutaj ujawniła się zaleta pracy z trenerem. Pogadaliśmy sobie i usłyszałem właśnie to ?trzeba cierpliwości. Robić swoje, efekty przyjdą?. Mój organizm może różnie zareagować na taki a nie inny trening, na taką a nie inną dietę. Najpierw potrzebuję przyzwyczaić się do nowego trybu życia, pilnować siebie. Kiedyś zauważyłem, że w wielu dziedzinach dobrze sprawdza się zasada trójki. Kluczowe są pierwsze 3 dni, 3 tygodnie, 3 miesiące treningów. Przeskoczenie każdej trójki pozwala wejść na kolejny etap. W przypadku długoterminowego celu, jakim jest zdobycie formy, 3 miesiące ?poświęcone? w poznanie siebie to rozsądna inwestycja. Przyspieszanie sztuczne, bo coś mi ?nie pasuje do obrazka? to strzelanie sobie w stopę.
Wreszcie mój własny pomysł ze zmotywowaniem się ? wieszam moje zdjęcie na proaktywnie niezależnie od tego co się będzie działo. Pomysł generalnie ?do duszy?. W pewnym momencie zaczęło mnie to tak stresować, że zamiast pozytywnie, zaczęło działać negatywnie. Ograniczałem się dodatkowo i zamiast motywować, obciążało. W niektórych tematach, takie postawienie się pod ścianą dobrze działa, ale to na inny artykuł :).
No i na sam koniec. Ludzie, którzy podejmują decyzję o zmianie na lepsze potrafią się zdołować, że jeszcze nie są u celu. Ja tak mam, gdy wkurzam się na siebie, że nie jestem w formie, w jakiej byłem jakiś czas temu. Z czysto intelektualnej perspektywy powinienem być dumny z siebie, że podejmuję wysiłek w kierunku zmiany na lepsze, zamiast tkwić ?w grzechu? ;). Ale niecierpliwość bierze górę i potrafię sobie nawrzucać.
Podsumowując jakoś ?kolejną teorię?.
1. Ambitne cele potrzebują czasu do realizacji. Ambitne nie oznacza nierealistyczne.
2. Na co dzień mierz to na co masz bezpośredni wpływ. Efektywność w realizacji celu sprawdzaj raz na jakiś czas
3. Zmiany w ćwiartce ?ważne-niepilne? zachodzą powoli, trzeba poczekać na efekty
4. Jeżeli coś przestało działać dobrze dla Ciebie to, to zmień. To podstawowy wyznacznik skuteczności.
5. Ciesz się tym, że działasz we właściwym kierunku. Reszta przyjdzie ?sama? ;)
Nakręciłem się na walkę z ?kalkami?, chyba będę musiał przeczytać ostatnie dwa lata artykułów i wyciągnąć całą z nich mądrość, może sobie jakoś dodatkowo pomogę ;). Powodzenia.
Witam :)
Ja miałem podobny problem z ćwiczeniami. Moim celem było „upgrade’owanie” swojego brzucha ;) Kilka razy próbowałem regularnie ćwiczyć, zawsze jednak po pewnym czasie rezygnowałem. Ale w końcu mi się udało, od 5 miesięcy regularnie rano ćwiczę (w tej chwili 20 minut dziennie).
Prócz tego co napisałeś, udało mi się dzięki jednej ważnej zasadzie: powolny start. Zacząć od 5 minut prostych ćwiczeń dziennie. I tak przez 3-4 tygodnie. Potem zwiększyć czas do 10 minut. I tak dalej, aż do osiągnięcia zakładanej długości/intensywności ćwiczeń.
W ten sposób powoli przyzwyczajamy nasze ciało i naszą psychikę do tego nowego nawyku codziennych ćwiczeń. Natomiast zaczynając od razu „na maxa”, prawdopodobnie: albo przyblokujemy organizm, który będzie przemęczony i przestanie się „ulepszać”, albo przyblokujemy psychikę: i po miesiącu kompletnie stracimy motywację, nic nie będzie się nam chciało.
Swoją drogą takie podejście sprawdza się też przy innych nawykach. W ten sposób nauczyłem się jak dotąd wcześnie wstawać, utrzymywać mieszkanie w czystości, i medytować… Mnóstwo nawyków czeka w kolejce na wprowadzenie, ale nie wszystko na raz :)
Pozdrawiam :)
Bardzo dobry tekst. W moim przypadku przy osiąganiu wyznaczonych celów sprawdza się tylko technika „małych kroków”. Czasem taki mały krok muszę podzielic nawet jeszcze na pół.
Zwłaszcza to zdanie: „Na co dzień mierz to na co masz bezpośredni wpływ” bardzo w Twojej wypowiedzi uderzyło mnie. Tak! Nie ma sensu nieustannie mierzyć wagi, bo ona jest wypadkową zbyt wielu czynników niezależnych od nas – od przemiany materii, nawet fazy księżyca, po wydarzenia typu – konieczność udziału w jakimś bankiecie ;). Lepiej mierzyć czas przeznaczony na ćwiczenia, długość przebiegniętej trasy itp. a nie obwód w pasie.
Trudne do uwierzenia, ale ja powrót do ćwiczeń (w domu, bez trenera) musiałam zacząć od 3 (trzech!)minut mierzonych za pomocą klepsydry do gotowania jaj :).
Ostatnio u Janka doszliśmy do wniosku, że w aktywności fizycznej najważniejsze jest czerpanie przyjemności? dzięki temu człowiek ma ochotę ćwiczyć, ruszać się. Kondycja, zdrowie czy wymarzona sylwetka przyjdą same :)
Pozdrawiam radośnie,
Orest
@Lucas: zdecydowanie masz rację z tymi małymi krokami. W szale „zapału” chcemy za dużo, za szybko i szlag wszystko trafia. Bardzo ciekawa jest jednak rzecz związana z moimi ćwiczeniami.
Nie lubię biegać za bardzo. Albo, nie lubiłem. Po szybkim czasie kolana zaczynają mnie boleć. Tak też się działo teraz, gdy zaczynałem. Po 15 minutach nie mogłem „truchtać” dalej, mogłem już tylko iść. Zastosowałem zgodnei z zaleceniami podejście – 2 minuty marszu, 1 minuta „truchtu”. Za pierwszym razem po 15 minutach odzywało się kolano i nie dałem rady dalej. Za drugim kolano się odezwało, ale 55 minut dało radę zrobić. Za trzecim razem kolano dało o sobie znać w okolicach 50 minuty, całość przebiegła pomyślenie, a ja zaczynam lubić taką aktywność na powietrzu.
Wygląda na to, że dużo większa była tu blokada mentalna, niż fizyczna. Tak czy inaczej, małe kroki przez długi czas znaczą dużo więcej niż kilka dużych na krótkim dystansie.
@Catta: jak długo ćwiczysz teraz?
@Orest: great minds think alike ;). I tak ze wszystkim – czerpać przyjemność z rzeczy ważnych i niepilnych :D
Po przeczytaniu posta naszły mnie przemyślenia w zupełnie innym kierunku :) Zastanawiałam się, czym różniły się warunki w przeszłości (kiedy po 6 tygodniach miałeś niesamowite efekty) od sytuacji teraz, kiedy są one wolniejsze. I wtedy przypomniał mi się pewien znajomy, który regularnie walczy z nadmiarowymi kilogramami, od czasu kiedy przeszedł zawał. Po chorobie schudł bardzo szybko, przez jakiś czas utrzymał wagę, potem przytył, a teraz, choć jest ciągle na diecie, musi walczyć o każdy kg. Ale najważniejsze jest, że wie, dlaczego tak jest, powtarzając często, że w stresie chudnie się najłatwiej. I to jest chyba ta różnica – emocje. Coś, nad czym tak naprawdę nie potrafimy panować ;) Kiedy przyszły tata czeka na narodziny pierwszego dziecka, na pewno odczuwa o wiele silniejsze emocje związane z tym, że chce mu dać dobry przykład, niż kiedy kilka lat później sam sobie obieca coś osiągnąć :) Podobnie jak świeżo zakochany człowiek jest w stanie „przenosić góry”. Takiej motywacji nie da się wywołać w sobie samą siłą woli, zresztą emocje wpływają przecież bardzo także na procesy fizjologiczne… Ale fakt, że nad tym nie mamy kontroli. Nie ma więc co porównywać, tylko robić swoje :) i cieszyć się małymi sukcesami, w 100% się zgadzam :)
@May: zdecydowanie racje co do emocji. Na 100% miały wpływ co do motywacji, natomiast same ćwiczenia i ich intensywnośc były porównywalne.
Generalnie, dzisiaj sobie „pobiegałem” wydłużając odrobinę proporcje biegu do marszu. Ten tydzień tak zamierzam utrzymać, w przyszłym znowu odrobinę wydłużę bieg. Chodzi mi po głowie maraton, ale akurat tutaj nie jestem jeszcze przekonany, że to jest moja potrzeba, a nie jakaś „wtłoczona”. Myśląc realnie maraton najwcześniej na jesieni za rok, więc mam czas na zastanawianie się ;).
Jest też jeszcze jedna opcja na motywację: zdecydować się na 3-cie dziecko :D
Jak tam mam z nauką języków (obecnie niemiecki). Chcąc osiągnąć szybkie wyniki mam wrażenie, że nie ruszyłam z miejsca. Natomiast od listopada, kiedy zaczęłam uczyć się język „na poważnie” zdążyłam:
1. zdać egzamin
2. przełamać barierę językową na tyle, że jak ostatnio wracałam do domu to ucięłam sobie dwugodzinną „pogawędkę” z pewnym nieznajomym mi Niemcem (łatwiej się rozmawia z kimś kogo się już zna, bo jest się przyzwyczajonym do akcentu, brzmienia głosu, szybkości mówienia itd.) To co było najfajniejsze to to, że później już nawet nie zauważałam, że mówię po niemiecku ;)
Teraz chciałabym się pochwalić i powiedzieć (napisać) to głośno – zrobiłam postępy, które widzę!!! Do perfekcji jeszcze daleko, ale cytując Autora „Ambitne cele potrzebują czasu do realizacji”, a ja już zapisałam się na kolejny kurs ;))
@Magda: gratulacje. To super uczucie, gdy nie myślisz o tym co powiedzieć, tylko po prostu mówisz :). Powodzenia na kursie.