Zauważyliście, że bardzo trudno jest uwierzyć nam w to, że najprostsze rozwiązanie, które się nam nasuwa może być właściwe? Jak to możliwe, że półki w księgarniach uginają się pod ciężarem książek dotyczących rozwoju osobistego, sukcesu i bogactwa, a nic dookoła się nie zmieniło w skali makro? No może zmieniło, ale niekoniecznie w oczekiwanym kierunku ;).
Dlaczego jest tak, że nie ufamy sobie na tyle, żeby wdrożyć w życie rozwiązania, które przyjdą nam do głowy? Dużo łatwiej to idzie, jeżeli podzielimy się pomysłem z kimś innym, i dostaniemy potwierdzenie z zewnątrz, że nasz pomysł jest dobry. Tak samo łatwo odrzucamy nasz pomysł, jeżeli ktoś go skrytykuje. Skąd się bierze ta wiara w autorytety zewnętrzne? Skąd się bierze brak zaufania do prostych rozwiązań?
Moje ulubione powiedzenie ?jeżeli to byłoby takie proste już ktoś by to robił?. Trudno to nawet skomentować, to właśnie słyszał wynalazca koła, kiedy się pochwalił w swoim plemieniu. Walczę tutaj trochę ze sobą. Po cholerę mi wiedzieć, dlaczego tak jest. Wystarczy wiedzieć, że tak jest i wymyślić co zrobić, żeby nie wpadać w taką pułapkę. Ucieczka od pułapki jest prosta. Działać. Nie ma lepszego rozwiązania na stole, im prostsze jest rozwiązanie tym lepsze, zostaje zrobić krok i już. Warto trochę zdefiniować prostotę. Proste rozwiązanie jest łatwe technicznie w realizacji, ale często jest trudne do realizacji emocjonalnie. Wiadomo, że konflikty rozwiązuje się najlepiej rozmową. Proste jak budowa cepa. Jednocześnie wiadomo, że taka rozmowa nie będzie dla nas łatwa emocjonalnie. Ale mogę gwarantować na 100%, że popchnie sprawy we właściwym kierunku. Po co komplikować sobie życie. I tak jest mocno pogibane. Znajdź najprostsze rozwiązanie i wal centralnie do rozwiązania. Nie kombinuj.
Przegrałem jednak walkę ze sobą i pozastanawiam się trochę dlaczego tak może być. Moja hipoteza: 17 lat edukacji. Nauki w systemie, który uczy, że istnieje tylko jedno dobre rozwiązanie, że ktoś potrafi je ocenić, ktoś poklepie po główce i powie dobrze. System, który uczy, że ważny jest tylko wynik końcowy, w którym dużo bardziej opłaca się przepisać pracę domową od kolegi byleby tylko mieć spokój, niż samemu zrobić nawet źle, ale nauczyć się czegoś. System, który uczy, że ryzyka nie opłaca się podejmować, dużo lepsze jest granie ?bez wychylania się?, bo wychylanie to gra, w której na pewno się przegra.
Czy nie narzekam zbytnio w tym akapicie? Nie narzekam. W takim systemie się wychowywałem. Na szczęście studia były już inne, czyli u mnie ten system funkcjonował lat 12. Na studiach opłacało się już ryzykować, szukać fajnych zajęć, czasem załapać warunek ;), ale dzięki temu zdobyć doświadczenie gdzie indziej. Po prostu szkoda mi, że marnuje się tak dużo potencjału. Ludzie po wyjściu ze szkoły myślą, że tak wygląda prawdziwy świat: jak szkoła. A jak mają myśleć inaczej? Skoro większość swojego czasu spędzają właśnie w szkole, a zaraz później trafiają do pracy?
Noworodkiem i niemowlakiem opiekuje się w szczególny sposób. Dzieci lubią być owinięte i ściśle przytulone, lubią dźwięk suszarki i odkurzacza, lubią jak im się szumi do ucha i kołysze. Dlaczego? Dlatego, że przez kilka miesięcy ciąży to było ich naturalne środowisko. Dłużej były tam niż w naszym świecie! Tak samo jest z ludźmi kończącymi szkołę. Dopiero po 12 lub 17 latach wyrówna się czas przebywania w szkole z czasem bycia dorosłym. Chcesz czekać tak długo na wyrobienie sobie nowych nawyków? Małe dzieci rozwijają się w swoim tempie. Dorośli po szkole w większości wypadków też. Nauczeni przez lata, że ktoś wie lepiej tak działają. Chociaż mogę się mylić.
Złota myśl na dziś: proste rozwiązania są dobre. Bądź leniwy, szukaj właśnie takich.
Według mnie plusem edukacji „obowiązkowej” jest utrzymywanie w miarę standardów wykształcenia społeczeństwa. Minusy wynikają z tego że siedzi się w klasie z wieloma osobami a tempo i kierunek działania są narzucone odgórnie przez nauczyciela. To właśnie zabija kreatywność i ambicje do poszukiwania lepszych rozwiązań niż dostępne. Potem człowiek się uczy że rozwiązanie zawsze jest podane w odpowiedziach na końcu zbioru zadań.
Mariusz chyba też widziałem ten film gdzie lekarz owija bobasa i wycisza go w kilka sekund :D Trafne porównanie :)
Dlatego cały czas szukam osób, które już coś osiągnęły i pytam co i jak mogę robić lepiej, szybciej i skuteczniej.
Pozdrawiam,
Bartek
@Łukasz: ja jestem za obowiązkową edukacją! To bez dwóch zdań. Wystarczy spojrzeć dookoła jakie ludzie mają luki w podstawowej wiedzy! Uważam się za wykształconego człowieka i nieskromnie powiem, że jednak nieźle, natomiast ni cholery nie kumam o co chodzi z kryzysem. Mam chyba jakieś dziwne wyborażenie. Jakoś sobie tlumacze przyczyny i skutki, ale głowy nie dam uciąć. Na szczęście widzę jak ktoś mi wciska kit. I chciałbym, żeby ta umiejętność się uchowała.
Przykład z dzisiaj. Chłopak w Niemczech zastrzelił kilkanaście osób. Dzisiaj w radio news: na jego komputerze znaleziono kolekcję brutalnych gier komputerowych. Rany boskie. A może w domu miał też kwiatki? Może to kwiatki a nie gry? Bo ja też mam kolekcję brutalnych gier komputerowych, w dodatku prowadzę „sekciarskiego” bloga. Jakbym coś zrobił to teorię się dorobi bezproblemowo. Jakoś dziennikarze w tym newsie, nie zwrócili uwagi na to, że rodzice byli fanatykami broni palnej (16 sztuk w domu jednak jest jakąś wskazówką). Takie informacje się pojawiają, bo łykamy je bezkrytycznie.
Tak samo politycy ściemniają na potęgę, bo zwykli ludzie nie potrafią wykryć sprytnych sztuczek z liczbami etc. Wierzę, że wyedukowanie myślenia poważnie ograniczy taki proceder.
Nie mam kurczę jakiegoś rozwiązania tego problemu. Uważam, że powinno się promować w szkole 3 rzeczy. Po pierwsze osiągnięcie wyniku (bo jednak liczy się efekt), po drugie sposobu dochodzenia do niego (jak ten efekt osiągałem), po trzecie postępu jaki uczeń osiągnął pracując nad efektem (niezależnie czy udało się czy nie, to informacja zwrotna od nauczyciela powinna się pojawić, uświadamiająca gdzie teraz jest lepiej, gdzie popracować więcej).
Nigdy nie dostałem informacji od nauczyciela: daję ci 4, do piątki zabrakło mi …… . Sam później prosiłem na studiach podyplomowych o taką informację, bo zależało mi na nauczeniu się tematu. Teraz pytam o to po każdym szkoleniu. Sucha ocena nic nie mówi.
@Bartek: to z połączeniem własnego doświadczenia to chyba najsensowniejsza droga. Ale męcząca, nie? ;) Zawsze kurczę jest coś do poprawienia.