Zastanawiam się czy tylko ja tak mam. Uwielbiam robić rzeczy bez zobowiązań. Na przykład zapisywanie sobie moich przemyśleń. Sprawia mi to ogromną frajdę i tak mi weszło w nawyk, że źle się czuję, gdy czegoś nie napiszę. Co ciekawe ustawiłem sobie przypominajkę trzy razy w tygodniu, że mam napisać coś na bloga. Jak widać dosyć konsekwentnie robię to już prawie od roku. Jakiś czas temu, gdy miałem sporo pracy zaczęło się pojawiać uczucie ?o rany, trzeba usiąść i pisać a mi się nie chce?. Wtedy pojawiało się więcej wpisów do 5-ciu minut, bo nadal chciałem utrzymać regularność wpisów, ale nie bardzo miałem czas i ochotę do dłuższego pisania. W pewnym momencie zorientowałem się, że ta dyscyplina pisania bardzo mi pomaga rozładować stres i poukładać sobie w głowie wszystkie doświadczenia i wnioski. Od tego momentu to już tylko czyste chcieć :), chociaż i tak sobie o tym przypominam, bo jednak czas trzeba na to zarezerwować.
Druga strona medalu. Pisanie artykułów na zamówienie nie powinno być wielkim problemem, tym bardziej, że sam zaproponowałem tematy. Ale co ciekawe, jest! Temat bardzo mnie interesuje, bo traktuje o świadomym życiu, sam go zaproponowałem dawno temu, wiem, że to co napiszę przyda mi się w dalszej pracy i trafiam na blokadę mentalną :(. Wystarczy, że do zwykłego chcenia, takiej zwykłej dziecięcej radości tworzenia pojawią się dwa elementy: deadline i zobowiązanie wobec kogoś i zamiast chcenia jest już muszę. A jak muszę to mi się nie chce. Paradoks jakiś. Sam chcę, jak już mogę to mi się nie chce. Ciekawe czy to bardziej deadline mnie paraliżuje, czy poczucie związania? No mniejsza z tym.
Nie jest to przykład odosobniony. W pracy zdarza mi się to samo. Gdy nikt nade mną nie siedzi i mówi, że mam coś zrobić na określoną datę, to siadam nad tym sam i robię to z dużo lepszą jakością i dużo szybciej, niż gdy ktoś wywiera dodatkową presję. Jak tylko słyszę, że coś ma być zrobione w określonym terminie, to zapalają mi się lampki. Idąc dalej tym tropem, jeżeli więcej takich osobników jak ja istnieje w rzeczywistości korporacyjnej to tradycyjne podejście do zarządzania jest zbrodnią dla efektywności. Na dobrą sprawę można to zaobserwować, gdy porówna się entuzjazm ludzi pracujących jako wolontariusze z tymi, którzy dostają pracę zleconą. Oczywiście są wyjątki, ale zasadniczo dużo więcej zabawy i satysfakcji przynosi dostarczenie spontanicznie stworzonego projektu, niż takiego, który ktoś nam narzucił.
Teraz być może wyważam otwarte już drzwi (znowu sygnał, żeby jednak znaleźć jakieś studia z psychologii, albo coś takiego), ale docieramy do wniosku, że to nie samo zadanie, tylko sposób jego postrzegania powoduje, że traktujemy z mniejszą lub większą troską i jednocześnie czerpiemy z niego mniej lub więcej radości. A strzelając dalej wygląda na to, że wyznacznikiem tego, czy czuję, że coś sprawia mi radochę jest poczucie mojej wolności. Jeżeli wydaje mi się (wcale tak nie musi być), że to, co robię, robię z własnej i nieprzymuszonej woli, to jest mi dużo łatwiej, niż gdy postrzegam to, co mam zrobić jako ograniczenie, przeszkodę na drodze do robienia wszystkiego innego, na, co mam ochotę.
Wygląda na to, że napisałem jeden z najbardziej zakręconych postów do tej pory ;). Ale jakoś trzeba go podsumować. Ja widzę z takiej sytuacji dwa wyjścia: albo najpierw coś robić, a później dopiero próbować to ?sprzedać? (ale to nie zawsze się udaje), albo zapomnieć w jakiś sposób o deadline?ach, zobowiązaniach i skupić się po prostu na zrobieniu najlepiej tego, co się potrafi robić. To się chyba nazywa profesjonalizm. Czyli bądź profesjonalistą, jeżeli chodzi o twoje życie.
Poza tym, że jesteśmy „więźniami” Własnych nawyków (przynajmniej dotąd, póki sobie tego nie uświadomimy i nie nauczymy spoglądać na Siebie „z zewnątrz”), jesteśmy wysoce uzależnieni od… skojarzeń zakorzenionych w Naszej podświadomości za sprawą powtarzających się motywów w Naszym życiu. Zależnie od tego, z czym dana rzecz/motyw została skojarzona w Nas Samych (jaki wzorzec został wyryty w Nas z biegiem czasu), tak będziemy postrzegać ową rzecz/motyw.
Obowiązek, nakaz, terminy – to wszystko może psuć Naszą pasję. Odczułem to również na Własnej skórze, kiedy to terminy zaczęły u Mnie wywoływać problemową reakcję odkładania na później, a jakiekolwiek myślenie o odłożonym temacie przynosiło ze sobą stres i brak komfortu psychicznego. Podczas kiedy te same rzeczy – bez terminów, nakazów, czy poczucia kontroli (to jest chyba najgorsze) – były wykonywane przeze Mnie z przyjemnością i pewnie o niebo lepiej.
„A strzelając dalej wygląda na to, że wyznacznikiem tego, czy czuję, że coś sprawia mi radochę jest poczucie mojej wolności.”
Mam w sumie to samo z dziewczynami. Tyle fajnych tekstów człowiek może powiedzieć bez zobowiązań. Ale jeśli do tego dochodzi już świadome zauroczenie – robi się z tego jakaś nienaturalna i nieciekawa gra :-)
Uważam, że wszelka aktywność człowieka zależy od naszego zdrowia i naturalnej żywotności. Człowiek schorowany albo z tendencją do depresji psychicznej jest skłonny do lenistwa.
Gdy coś robimy dobrowolnie sami z siebie z entuzjazmem, jesteśmy w na ogół w stanie tzw. przypływu. Jest to stan największej efektywności w działaniu. Jednak takie stany nie zdarzają się codziennie i poleganie wyłącznie na nich jest złudne, ponieważ do wykonywania codziennych żmudnych czynności potrzebna jest dyscyplina. Taką dyscyplinę i motywację do działania dają nam inni ludzie i terminy, o ile oczywiście nie robią tego w sposób rozkazujący i poniżający. Przynajmniej tak jest w moim wypadku.
@Roksolana: zgadzam się z Tobą. Naturalny „haj” nie jest stanem permanentnym i dyscyplina pomaga przejść przez dołki w miarę efektywnie bez dużych strat w naszych wynikach.
Pytanie brzmi: jak zarządzać sobą i otoczeniem czas, żeby ten stan trwał jak najdłużej. Jakieś pomysły?