Odkryłem, że mam dwa tryby działania. Jeden to refleksja, zastanawianie się nad sobą, pochłanianie nowej wiedzy, uczenie się i poznawanie na potęgę nowych koncepcji, a drugi to robienie czegoś namacalnego. Poprzedni rok był mieszaniną obu, ale jednak ze wskazaniem na refleksję. Od grudnia jestem zdecydowanie w trybie działania i dlatego dużo mniej czasu poświęcam na szukanie nowych sposobów na usprawnienie siebie, a dużo więcej uwagi zajmuje mi aplikowanie tego, co wynalazłem i przemyślałem w praktyce.
Co to oznacza dla bloga? No raczej nie straci na wartości, zmieni się pewnie na chwilę odcień wpisów. Dzisiejszy deseń to: usprawnianie modelu mistrza. Jakiś czas temu popełniłem dwa wpisy Chcieć to za mało, żeby móc i Sukces a wiara w Boga . Pierwszy oparty o model Coveya, opisywał jakie trzy elementy składają się na możliwość osiągnięcia celu, natomiast w drugim twierdzę, że religie to coś więcej niż tylko rytuały i wiele z podstawowych prawd ?psychologia sukcesu? odkrywa na nowo, czerpiąc z nich garściami.
Pytanie za sto punktów. Co łączy te dwa wpisy? Według mnie Covey w swoim modelu zapominał o jednej rzeczy. Pisze o wiedzy, umiejętnościach i motywacji. Dlaczego robisz to co robisz, czy potrafisz to robić i czy masz motywację do tego, żeby cel osiągnąć. Model wygląda na kompletny i do tej pory nie znałem lepszego, inaczej bym tego nie pisał :). Zastanawiałem się więcej nad naszą dyskusją na temat wiary w Boga i odnoszeniu sukcesów. Wyobraź sobie przez chwilę, że masz kogoś, kto się Tobą opiekuje cały czas, kto pomoże Ci pokonać przeciwności, kto podpowie, w którą stronę się udać, podsunie wskazówki do odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, komu ufasz, że nie zostawi Cię w potrzebie, ale chociaż wysłucha, gdy tego będziesz potrzebować.
Choćbym nawet szedł ciemną doliną,
Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Bardzo filmowy to jest cytat, ale mnie niesamowicie ?poweruje? i daje do myślenia. Co mi daje do myślenia? Wiara bijąca z tych słów. Wiara w to, że wszelakie trudności da się pokonać, że nieistotne co się dzieje, dam radę.
Tego właśnie brakuje w modelu Coveya i w każdym, który widziałem (no może oprócz The Secret, ale to inna historia, bo tam modelu nie ma :) ). Możesz opanować technicznie umiejętności wyznaczania celów, ich mierzenia i monitorowania, nauczyć się tego, co potrzebne, aby cel osiągnąć, motywować się na miliony sposobów i nadal nie osiągnąć celu. Podejście całkowicie rozumowe i mechaniczne się nie sprawdzi. Potrzeba wiary. Niekoniecznie wiary w Boga. Wiary w siebie, w przeznaczenie, opatrzność, misję życiową, w cokolwiek, czego możesz się trzymać. Jeżeli wierzysz w siebie i w to, że poradzisz sobie z trudnościami, że się uda ? to się uda. Bez tego, będzie ciężko. Robiąc sobie retrospekcje na tematy, z których się wycofałem zastanawiam się ilu z nich nie udało się zrealizować z powodu braku wiary w ich sens, lub braku wiary w moje umiejętności i pozytywne zakończenie. Dużo tego nie jest, ale niestety są to akurat spore tematy.
Wniosek: wiedza, umiejętności i motywacja ? jak najbardziej tak. Ale wiara w siebie i pozytywne sploty okoliczności przede wszystkim.
No właśnie.. tutaj zupełnie innego wymiaru nabierają słowa Jezusa „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: ‘Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!’, a byłaby wam posłuszna” (Łk 17,6)”. Tylko czym jest ta wiara.. „zwykłym” bezgranicznym zaufaniu Bogu, czy siłą, która drzemie w każdym z nas. Jeśli tak, to jak ją zdobyć??
Kszyh, myślałem, ze już nas opuściłeś :). Takie samo pytanie dostałem mailem: jak zdobyć wiarę.
Myślę, że wiara w Boga lub siebie opiera się na podobnym „mechanizmie” i wychodzi to z jednego źródła. Każdy z nas ma „siłę wiary”, tylko nie potrafi jej używać. Na moje potrzeby pomijam tutaj „obiekt” wiary zastanawiając się nad zjawiskiem.
Dla mnie wiara=zaufanie. Jeżeli uda się osiągnąć 100% zaufanie w kogoś to dopiero wtedy zyskujemy niesamowite możliwości, bo wiemy, że ktoś „pilnuje naszych pleców”, że możemy spokojnie zająć się swoją pracą, bo reszta się wydarzy po naszej myśli bo ktoś o to zadba.
Takie fajne podejście gdzieś znalazłem „Co byś zrobił gdybyś miał 100% gwarancję sukcesu?” „Po prostu to zrobił.” „No to działaj, bo się uda!”. Jeżeli ktoś prawdziwie wierzy w Boga, to po prostu to zrobi, bo wie, że jego Bóg go wesprze. Ktoś, kto jest „racjonalistą” ma większy zgryz, bo najpejniej będzie się opierał na wiarze w siebie, którą dużo łatwiej zachwiać, bo nikt z nasz wszechmogący nie jest. Kto na 100% ufa swoim możliwościom?
Jak zdobyć wiarę? Nie mam niestety recepty. Myślę, że eksperymetalnie – to dobre podejście. Zacznij coś robić i zobacz, że się udaje! Spójrz na to co zrobiłeś do tej pory, jak to wyglądało, gdy się do tego zabierałeś? Było to łatwe? Wydarzyło się w 100% zgodnie z planem, czy pomógł „przypadek”? Zobacz jakie są twoje talenty i silne strony. Wypisz listę swoich osiągnięć. Znajdź coacha. Jeżeli ktoś inny uwierzy w Ciebie, dlaczego Ty masz tego nie zrobić?
Witaj, chyba zapomniałeś o najważniejszym, kluczowym wręcz elemencie systemu Coveya, tzn. paradygmacie zasad. Czyli fizycznym i intelektualnym trzymaniu się tych zasad, w które człowiek „wierzy” ;).
Pozdrawam,
Alexg
@Alexg: nie piszę o wierze w zasady i ich wyznawianie. Piszę o wierze w cel, który chesz osiągnąc.
Możesz w 100% wierzyć, że warto być uczciwym człowiekiem i jednocześnie nie wierzyć wcale, że uda Ci się dostać na studia.
Paradygmat wartości propagowany przez Coveya jest super. Nie załatwia jednak sprawy wątpliwości. Najlepiej wg. mnie myśleć o swoim systemie „filozoficznym” jako połączeniu wartości, które wyznajesz i przekonań, które masz i chcesz mieć o sobie i o świecie.