Strach to bardzo ciekawe uczucie. Jest bardzo indywidualny i co najciekawsze, to taka emocja, która wydaje się znać Ciebie najbardziej. Zawsze podsunie Ci przed oczy wyobraźni taki obraz, który przestraszy Cię najbardziej. Najlepsze horrory są takie, w których w ogóle nie widać potwora, tylko reżyser pozwala Ci samemu się wykorzystać swoją wyobraźnię, tak żebyś się bał najbardziej. Cholernie podstępna bestia i najgroźniejsza jak jej nie widać. Co ciekawe w momencie, w którym w filmie zobaczysz potwora, to boisz się już mniej, bo strach oswojony okazuje się dużo mniej przerażający.
Co mnie wzięło na ten temat akurat? Dostałem wczoraj lekcję życia w czasie treningu krav maga. Prowadzi je chłopak, po którym widać, że sztuki walki to jego życie. Musiałem go prosić kilka razy, żeby przesłał mi numer konta, żebym mógł zapłacić, bo wygląda na to, że mógłby tym się zajmować za darmo a finanse to tylko niepotrzebny dodatek do całości :). Czas z nim spędzony to generalnie masakra, bo pod koniec nie ma się już siły na nic, ale serdecznie polecam, uczucie odprężenia trudno osiągalne w inny sposób.
Wracając do meritum. Lekcja życia to było małe ćwiczenie-sparring. Zdejmujemy koszulki i staramy się uderzyć przeciwnika otwartą dłonią w klatkę piersiową, barki lub brzuch jednocześnie broniąc się przed jego atakami. Po dwóch minutach tego ćwiczenia ledwo żyliśmy. Gdy się nad tym zastanowić, to przecież nic takiego, raptem 120 sekund i nie morderczej walki w ringu tylko ?plaskania? się rękami. Trener nam wyjaśnił: strach. Powoduje, że napinasz wszystkie mięśnie i bardziej myślisz o tym, żeby nie zapiekło jak Cię przeciwnik trafi, niż o tym, żeby działać optymalnie. Wiesz, że to uderzenie Cię nie zabije, ale wiesz też, że będzie bolesne, a tego przecież nie chcesz.
Jak się to ma do życia? Jak się zachowujesz w życiu? Myślisz o tym, żeby działać luźno i być gotowym dać w zęby trudnościom, czy po prostu spinasz się, żeby Cię nic złego nie spotkało? Jak długo tak wytrzymasz, mięśnie w napięciu męczą się bardzo szybko, tak się nie da wygrać. Nie piszę tego jako notki umoralniającej, bo sam zdałem sobie sprawę, że w wielu przypadkach grałem dużo bardziej defensywnie i bardziej bałem się oberwać niż chciałem wygrać. Tak się nie da. ?Kto się angażuje ten będzie miał blizny?. Czasem trzeba oberwać w szczękę, żeby się nauczyć i co najważniejsze wiedzieć już jak to jest i przekonać się, że nie jest to takie straszne jak sobie to człowiek wyobraża.
Im większą masz wyobraźnię tym łatwiej wyobrazić sobie masę trudności czyhających przy każdym przedsięwzięciu. Widząc to oczami wyobraźni bardzo łatwo jest odpuścić. Z mojego doświadczenia wynika, że zamiast dłużej analizować wirtualną ?bestię? i zaczynałem działać okazywało się, że wszystko jest dużo łatwiejsze niż sobie wyobrażałem. Oczywiście przytrafiały się inne problemy, o których nie wiedziałem, ale takie jest życie, tak zawsze będzie.
Moja lekcja: prędzej czy później i tak oberwę, będzie bolało, ale mnie nie zabije. Rozpoznanie bojem to nie taka głupia taktyka.
Witam! Ciekawe spostrzeżenie. Ja miałem podobne doświadczenia. Często działając starałem się planować wszystko przewidywać, no i … analizować możliwe przeciwności – okoliczności wywołujące strach, czy to przed niepowodzeniem, czy to przed stratą itp. To co było wspólne to taka samonakręcajca się spirala, im więcej myślałem o kwestii wzbudzającej strach, tym bardziej sie jej bałem (a przecież myślałem o niej aby zapobiec, znaleźć rozwiązanie, ale też niestety co było złe, sposób na miękkie lądowanie po porażce, a to znaczy już, że byłem w stanie wprogramować ją sobie w głowę) rozbudowując w myślach wizję niepowodzenia. Powodowało to także, że w momencie „próby” byłem zbyt zajęty tym, że się „powinienem bać”, iż kompletnie nie potrafiłem się skupić i na pewno była to okoliczność, która utrudniała osiąganie celu. Parę dni temu udało mi się odtrącić strach przegonić złe myśli i wszystko się udało….
Obok codziennej pracy zawodowej od niedawna zająłem się własną działalnością – doradztwem. Miało dojść do pierwszego spotkania z poważnym klientem. Duża firma, międzynardowa. podjeżdżając punktualnie pod hotel, dopilnowałem, aby cała otoczka biznesowa wyglądała profesjonalnie. Miałem cały czas w głowie myśl, że teraz za to co mówię jestem odowiedzialny sam, nie ma za moim nazwiskiem nazwy marki pracodawcy, 50 letniego doświadczenia w branży itd. Do tego dochodzi stosunkowo krótki okres bytowania na ziemi (mam 28lat). W momencie jak zatrzasnąłem drzwi samochodu dopadły mnie czarne myśli „czy jestes przygotowany? Na pewno zostanie zadane pytanie na które nie będziesz miał odpowiedzi? Ośmieszysz się tylko!” Zła projekcja nie rozwinęła się nawet przez 5 sec, bo nagle usłyszałem głos „WItam ! Czy Pan…. Czy to my mieliśmy się dziś spotkać?”. Mój przyszły klient w związku z zakazem palenia :) postanowił zapalić przed spotkaniem przy wejściu do restauracji hotelowej:) Rozpocząłem rozmowę spokojnie, strach nie miał czasu spiąć mych „mięśni” i sparaliżować. Spotkanie przebiegło na wymianie konkretnych informacji, rzeczowo. Oferta została przyjęta na warunkach, jakie zaproponowałem, musiałem poczynić niewielkie ustępstwa, ale generalnie jak na pierwszy raz 5+. Okazało się, że nie musi być tak źle i tak trudno jak to sobie wyobrażałem. Po spotkaniu dostałem pokaźnego kopa adrenaliny i endomorfiny. Nawiązując do przenośni, której autor tekstu użył w tytule „Jak duże strach ma oczy? Jakie by nie miał trzeba patrzeć proste w nie :)” Ja z tej sytuacji wyciągne następujące wnioski, będę starał się przybywać na spotkania just-in
-time i czas przed spotkaniem przeznaczę na coś odstresowującego (iPod w uszach :)), aby do konfrontacji podejść „na luzie”. Dam znać czy zadziała po raz kolejny.