Człowiek tak już ma, że zawsze mu się wydaje, że trawa na podwórku sąsiada jest bardziej zielona. Wystarczy jeszcze posłuchać albo poczytać na temat tego, że największe sukcesy odnoszą ludzie, którzy łączą swoje hobby i pasję i pojawia się pytanie: ?Dlaczego ja tak nie mogę??. Oczywiście, że możesz, bo nic na przeszkodzie nie stoi mówi teoria. Tak też sobie i ja pomyślałem i postanowiłem wdrożyć w życie szatański plan: zaistnieję w przemyśle rozrywki multimedialnej, a bardziej precyzyjnie ? gier video.
Gram od 8 roku życia, czyli ponad 21 lat! Dopiero jak to napisałem to sobie uświadomiłem jak długo. Zaczynałem od Atari, Commodere, Amigi, PC a ostatnie 3 lata to przerzucenie się na zabawę konsolami. Poświęcałem tej zabawie naprawdę długie godziny, do czasu pojawienia się Wiktorii nawet kilka godzin dziennie. Ponieważ gry były ze mną od zawsze i dobrze się przy nich bawiłem to naturalne wydawało się, że to jest właśnie to. Teraz mam doświadczenie jako kierownik projektów, analityk, projektant, nagrałem się jak mało kto, mogę zaistnieć w biznesie i być bogaty.
Akurat kolega podsunął mi fajne narzędzie do tworzenia gier Game Maker , w którym można bardzo szybko tworzyć gry, więc pojawiła się iskierka nadziei. Debiut by to dla mnie nie był, bo pisząc bardzo prostą gierkę na studiach oblałem przez nią analizę matematyczną. Wpadł mi do głowy pomysł to postanowiłem go zrealizować nie patrząc na toczącą się sesję i skończyło się to kampanią wrześniową. No ale wracając do meritum. Stwierdziłem, że wchodzę w gry na całego, czyli: zacznę pisać recenzje, będę udzielał się w społeczności graczy, zaprojektuję i stworzę swoje rewolucyjne gry i jako cześć hobby zostanę jednym z najlepszych graczy w Tekkena.
Z recenzjami mi jakoś nie szło. Szybko stwierdziłem, że granie dla napisania recenzji wcale nie jest przyjemne. Poza tym jak mam oceniać grafikę, muzykę i całą resztę? Bez sensu. Dotarło do mnie, że już nie jestem hardcore?owym graczem i mam góra 30 minut dziennie, więc nie będę marnował czasu na recenzowanie tylko wolę się pobawić. Ten temat zamknął się szybko, ale nie porzucałem nadziei. W końcu chciałem być ?twórcą?, a nie pismakiem.
No ale trzeba przecież poznać klientów, więc nadal włączenie się w społeczność graczy pozostawało jako punkt do realizacji. Okazało się jednak, że chociaż teoretycznie reprezentuję przeciętnego gracza (30-35 lat, zarabiający, rodzina) to na polskich forach średnia wieku jest 17 lat niższa, więc dyskusje się nie kleiły. Ja już nie potrafię myśleć tym językiem ;). Podobnie okazało się z Tekkenem. Nie ma możliwości zostać dobrym zawodnikiem grając 30 minut dziennie bez sparring partnera, wyjazdów na zawody itd. Jakoś nie widziałem siebie w weekendy dostającego baty od 13 latków ;). Została najważniejsza cześć: tworzenie gier, to niby powinienem móc robić sam wieczorami.
Rzuciłem się na żywioł całkowicie zapominając o moim doświadczeniu z IT: jak nie zaplanujesz to się narobisz ponad miarę i niewiele z tego wyjdzie. Pobawiłem się Game Makerem, zrobiłem parę próbnych gierek typu piłka nożna albo ?głupie Dilberty?. Te dwie akurat były tak beznadziejne, że szkoda gadać, ale posłużyły do nauczenia się paru sztuczek. W międzyczasie korzystając z tego narzędzia stworzyłem „atrapę” systemu raportującego do pracy i to było chyba najsensowniejsze wykorzystanie moich umiejętności :).
Zwieńczeniem całego procesu była gra Use Case Wars. Ponieważ lubię klimaty militarystyczne postanowiłem stworzyć grę w ten deseń. Wtedy zdałem sobie sprawę, że projektowanie gry to cholernie ciężka robota. Zrównoważenie pomysłu z radością z grania i sensownością całości jest bardzo trudne. Cały pomysł postanowiłem zamknąć na pierwszym etapie prostą strzelaninką. Spędziłem nad nią około tygodnia i jeszcze kilka dni ją ulepszałem. Pod koniec wiedziałem już, że gry zostaną moim hobby a zawodowo zajmę się czym innym :).
Wnioski jakie wyciągnąłem z tej lekcji? Lepiej sprawdź czy naprawdę twoje hobby nadaje się na pracę dla Ciebie i sprawdź to jak najwcześniej. Nie zawsze to, co się wydaje pasją nią jest. W moim przypadku gry to już tylko rozrywka, a nie pasja i sposób na życie, więc to pewnie była główna przyczyna zarzucenia przeze mnie pomysłu.
Na zakończenie coś dla odważnych – pełna wersja Use Case Wars! Fabuła jest dużo prostsza niż w filmach kung-fu z Hongkongu. Jesteś małym Rambo otoczonym przez hordy wrogów, masz swojego wiernego ?kałacha? i tylko jedno zadanie ? przeżyć. Sterowanie jest proste: A- lewo, S-dół, D-prawo, W-góra, myszka obsługuje celownik, lewy myszy strzela. I nie waż się uciekać z ekranu ;). Czekam na rekordy, dowody tylko na printscreenie. Rozważam rozlosowanie nagród przy imponujących wynikach ;).
Dla osób, które chcą zachować o mnie zdanie osoby dojrzałej i ułożonej mam propozycję: nie sciągajcie tej gry :)
Mariusz, moze wlasciwa droga jest pojscie „za glosem serca” postrzegajac hobby/pasje na ogolniejszym poziomie? W opisywanym przez Ciebie przypadku mogloby to oznaczac zainwestowanie czasu i energii w rozwiazania interaktywne dla masowego odbiorcy – pomysl o zalozeniu platformy dla graczy:)
Piotr, masz racje byłaby to opcja. Podobnie jak zebranie zespołu pasjonatów i poprowadzenie projektu (co takie trywialne nie jest), albo pisanie scenariuszy do gier, albo pisanie publicystyki na ten temat.
Ale to ćwiczenie uświadomiło mi, że jednak gry to nie jest raczej to czemu chcę się poświęcić. Zdrowy tryb życia, sport, rozwój osobisty jest mi jednak dużo bardziej po drodze, stąd ten blog :).
Może jeszcze kiedyś do tematu gier wrócę, ale to jak już naprawdę będę miał dużo wolnego czasu.
Pozytywna nauczka z tej historii, to fakt, że można zaangażować się w coś w bardzo różny sposób, niekoniecznie taki, jaki się zakładało na początku. Warto dlatego nie „fiksowac” sie na pierwszym wyborażeniu, bo może być ono „przeidealizowane”.
Pozdrawiam
Mariusz
A ja uważam że fajowa jest taka fiksacja :-), bo dzięki niej szybko wchodzi się w temat/poznanie i jeszcze szybciej wylatuje, kiedy już zdamy sobie sprawę na co faktycznie jesteśmy nastawieni w życiu :-).
Gdybyś tego nie doświadczył nie mógłbyś pomagać innym w tej kwestii (nawet tylko pisząc powyższe słowa). Wiem ze swojego doświadczenia, że dzięki różnym takim fiksacjom, które zaliczyłam po drodze łatwej mi zrozumieć innych…..no i co ostatnio zauważyłam – staję się bardziej wiarygodna – bo mam doświadczenie ….:-)
P.S. Wiesz :-) chyba będę miała propozycję biznesową dla Ciebie a’propos gier.
Pozdrawiam…miłego wieczoru
Hm :)
Jakby się tak dobrze zastanowić to ja nie mam żadnej pasji ani żadnego hobby. Kiedyś miałam jedną pasję, ale ona rozmyła się w czasie, ale za to doprowadziła mnie do punktu, w którym jestem teraz, czyli na filologię romańską :) nie jestem studentką- pasjonatką (już), ale nie żałuję, bo też nie przychodzi mi do głowy co innego mogłabym studiować. Ale przecież (kolejne ale :) ) w „tych czasach” bardzo rzadko pracuje się w dziedzinie ściśle związanej z kierunkim studiów. Była też druga pasja – teatr, ale z różnych powodów przestałam i teraz chyba bym juz nie umiała grać i czerpać z tego takiej radości jak kiedyś…
Jestem teraz trochę w fazie „nihilizmu” ;) w fazie „bezpasyjnej” ;) nie mam niczego, co by mnie wciągało bez końca. Ale o mnie już dość :)
W sumie przyszłam wybłagać post o asertywności :) Z tym u mnie cienko jest…
pozdrawiam :)))
Asertywność raz! przyjąłem ;). Znowu wyzwanie. Zapraszam wkrótce i pozdrawiam
Czytając twoje słowa we łbie odbiły mi się moje myśli (commodore, amiga, pierwsze klony – szaleńcze czasy wspaniałych gier, w które dziś nie da się grać, ale o których się pamieta, jakie uczucia budziły. Dziś trufno o taką satysfakcjonującą grę. Ostatnio znów zaraziłem się OGame’m, lubię pyknąć w stalkera, albo porezać w Unreala
Na WinUAE włączam córce „SuperFroga” i jest szał i odlot obustronny. Ale rzeczywistość jest trudniejsza, trzeba zakasać rękawy i znów iść do powierzonych zajęć. Ale i tak zawsze wracamy do tego co lubimy najbardziej ;) I właśnie wtedy wychodzą najlepsze pomysły.
Grzesiek GRĘda
(nazwiska sam sobie nie wymyśliłem) ;)