W poprzednich postach Nieustająca motywacja i Dlaczego nic mi się nie chce i jak to zmienić
starałem się wytłumaczyć skąd się może brać kryzys motywacji. W tym podzielę się moimi sposobami na radzenie sobie z taką sytuacją. Bardzo dobrze zgrało się to w czasie, bo ten tydzień mogę zaliczyć do poważnych kryzysów, jeżeli chodzi o energię życiową, ale przeżyłem, żeby wam o tym opowiedzieć ;).
Najpierw spróbujmy ocenić sytuację na spokojnie. Stan, w którym nic się nie chce nie jest stanem normalnym. Może być spowodowany masą rożnych czynników: aktualnymi porażkami, nadmiernym stresem, zmęczeniem. Zazwyczaj jest to odruch obronny organizmu. Krok pierwszy: zaakceptuj, że wydarzyło się coś, co to spowodowało. Idealnie, gdy uda Ci się zidentyfikować przyczynę. Nie jest to najprostsze, ale możliwe. Jeżeli wiesz, co jest przyczyną spadku motywacji, to możesz podjąć konkretne działania, żeby przyczynę usunąć. Jak się zabrać do zidentyfikowania winowajcy? Poniżej znajdziesz kilka dobrych strategii.
1. Oswojenie – Zacząc pisać to, co właśnie chodzi Ci po głowie. Bez cenzury, bez myślenia, po prostu zrobić zrzut wszystkiego o czym myślisz. Pisać tak dlugo, aż całkowicie skończy Ci się koncepcja. Opisuj, co czujesz, co Cię denerwuje, dlaczego taki stan Ci przeszkadza, albo dlaczego Ci z tym dobrze. Jeżeli zejdziesz z tematu, to też dobrze. Najistotniejsze to oczyszczenie umysłu tak, żeby można było zacząć trzeźwo myśleć. Jest spora szansa, że oswoisz swoją ?depresję? i odblokujesz jakieś połączenia, a rozwiązanie nasunie się samo.
2. Odprężenie ? odpręż się w taki sposób żeby zapomnieć o wszystkim. Najlepiej jeżeli masz taką aktywność, która pozwala Ci się na niej skupić w 100% i powoduje, że zapominasz o całym świecie. Dla mnie to kiedyś było sklejanie i malowanie modeli samolotów. W pewnym momencie najważniejszym problemem było malowanie pilota. Jeżeli osiągałem ten stan to wiedziałem, że jestem gotów na powrót do rzeczywistości. Dobrze działa też sport, ale raczej aerobowy ? musisz się poważnie zmęczyć i spocić. Idealnie szukaj aktywności, które pochłoną Twoją uwagę w jak największym stopniu. Możesz spróbować też medytacji.
3. Sojusznik ? znajdź kogoś, z kim możesz porozmawiać o tym jak się czujesz. Najlepiej, żeby to nie była osoba w takim stanie jak Ty :). Wtedy po prostu we dwójkę się zdołujecie jeszcze bardziej. Druga osoba jest potrzebna do otworzenia Ci oczu na rozwiązania, których nie jesteś w stanie zobaczyć. Generalnie, jeżeli masz problem to zazwyczaj zadziała mechanizm, który spowoduje, że będziesz wracać myślami do problemu zamiast szukać rozwiązania. Ktoś, kto spojrzy na sytuację z zewnątrz ma większe szanse na dostrzeżenie ukrytych wyjść z sytuacji.
4. Działanie ? to działania rodzi motywację a nie odwrotnie , dlatego zmuś się do zrobienia najmniejszego nawet kroku, a jest szansa, że wrócisz z powrotem do gry. Najważniejsze to nie dopuścić do tego, żeby porzucić zaplanowane przedsięwzięcia! Możesz zwolnić, ale nie przestać działać! Plany zazwyczaj tworzysz, kiedy jesteś w optymalnym nastroju i po rozsądnym ich rozważeniu. Jeżeli wtedy były słuszne, to nadal są! Dlatego, nieważne co się dzieje ruszaj dalej.
Nic nie stoi oczywiście na przeszkodzie, żeby połączyć wszystkie cztery techniki. Ja tak zrobiłem, żeby sobie poradzić z moim problemem i zadziałało. Jako piąty sposób mogę doradzić napisanie artykułu o tym jak się zmotywować do działania. Też daje całkiem niezłe efekty ;).
Bardzo sensowny artykuł, ciekawe rozwiązania. Dodałabym jeszcze jedno – tak mniej więcej w ramach „oswojenia” i szukania przyczyn, trzeba ten dołek na chwilę zaakceptować. Pozwolić sobie na spadek nastroju i pewne zwolnienie oraz – wyznaczyć termin „do kiedy”, uzależniony od wagi przyczyny. To daje bardzo dobre efekty, jeśli powiemy sobie – no dobra, nad tym mogę się poużalać jeszcze do końca dnia, tygodnia, do marca itp., a potem biorę się w garść. Nie pocieszamy się „na siłę”, bo to zbyt wiele nie da, ale włączony wewnętrzny program zadziała, i wyciszy objawy chandry zgodnie z zaplanowanym terminem :)
@Anima: co do akceptacji jak najbardziej się zgadzam. Zgodnie z bardzo pomocnym modelem DABDA, akceptacja to ostatnia faza, do której trzeba dojść, żeby sensownie działać. Trochę w naiwnej formie już to opisałem . Do poprawki :)
W momencie, w którym już wiesz, że masz dół to nie użalałbym się już dalej, tylko przeszedł do działania. Nie ma lepszego lekarstwa wg. mnie, nie testowałem sobie ustawiania deadline’u na martwienie się ;).
To pocieszanie się na siłę to też trafna uwaga. Pocieszenie pojawia się samo jak człowiek ruszy się do robienia czegoś pocieszającego. Pocieszanie się tylko w myślach jest dużo mniej skuteczne.
No nie wiem, może to odmienność mojej bądź co bądź kobiecej psychiki? Stwierdziłam w praktyce, że na pewne dołki, nastroje, też trzeba dać sobie trochę czasu – byle nie tkwić w nich za długo. Akceptujemy to, że nie jesteśmy perpetuum mobile i mamy prawo też przeżywać te gorsze emocje. To jak upuszczanie pary, taki wentyl bezpieczeństwa. U mnie działa :-)
Być może to róźnica damsko-męska :). Zgadzam się z tym, że mamy prawo do emocji także tych „gorszych”. Jak ze wszystkim, trzeba uważać, żeby sobie nie pozwalać na nie za długo.
Ja staram się ucinać sobie jak najszybciej złość i przygnębienie, bo wiem, że mogę być w tym tak dobry, że trudno mi będzie wrócić do normy :). Ale pozwalam sobie na „soczyste” określenie o co mi chodzi, albo szybkie ponarzekanie jako szybki wentyl, po którym zaraz wracam do życia i zastanawiam się co z tym zrobić, bo inaczej tylko marnuję swój czas.