?Nobody?s perfect.?

Zgadzam się w zupełności z powyższym cytatem, tym bardziej, że jest to idealne usprawiedliwienie mojego trzydniowego nic nierobienia, albo prawie nie robienia w kierunku napisania kolejnego artykułu. Usprawiedliwienia nie ma, bo po prostu stwierdziłem, że trochę sobie odpocznę. Nie do końca odpoczywam, bo dużo się wydarzyło w ciągu tego tygodnia. Największe odkrycie osobiste, którego dokonałem, to zrozumiałem, co jest takiego fajnego w baseball?u!


Znajomi zaprosili mnie na mecz. Stwierdziliśmy, że pójdziemy sobie zobaczyć jak wygląda prawdziwie amerykańska gra. Wieczorem poszliśmy na stadion, kupiliśmy sobie hot-dogi, piwa nie kupiłem, bo nie miałem przy sobie dowodu. Usiedliśmy sobie na naszych miejscach i gra się rozpoczęła. Znam zasady, więc moje odkrycie nie polegało na ich zrozumieniu. Generalnie cała gra jest straszliwie nudna! Najlepsi pałkarze trafiają raz na pięć razy w piłkę, więc akcji jak na lekarstwo. Nie ma porównania z meczami piłki nożnej, gdzie generalnie akcja jest ciągła.

Ok., czyli kolesie sobie rzucają i odbijają piłkę. W przerwach na wielkim ekranie widać reklamy, od czasu do czasu organizują jakiś konkurs i robią wywiady z ludźmi na trybunach, ludzie machają tymi wielkimi łapami, później coś razem śpiewają i tańczą. Dookoła siedzą ludzie całymi rodzinami z małymi dziećmi. Cały czas krążą sprzedawcy z lodami, hot dogami, piwem. A ja sobie siedzę, patrzę na boisko i za nic do mnie nie dociera, co jest takiego ciekawego w tej grze, że to jest narodowy sport! Wyszliśmy ze znajomym mniej więcej w połowie, zgodnie twierdząc, że spróbowaliśmy i że w Europie to się za nic nie ma prawa przyjąć, a dodatkowo wszystkie filmy o baseball?u zdecydowanie bazowały na szybkim montażu. Ta gra totalnie nie ma dynamiki.

Dopiero na drugi dzień zrozumiałem, dlaczego Amerykanie uważają, że to jest świetna rozrywka. Tutaj nie chodzi o grę! To tylko pretekst. Najważniejsze jest całe doświadczenie, możliwość wyjścia z rodziną albo znajomymi na świeże powietrze, kibicowanie na maksa i tańczenie na trybunach, czas na rozmowę z bliskimi i znajomymi, (bo na boisku dużo się nie dzieje), uczenie dzieci jak się powinno w tę grę grać. (Bo przecież każdy facet w dzieciństwie grał dużo lepiej niż te patałachy na dole ;).

My nie wczuliśmy się w atmosferę i dlatego umknęła nam cała zabawa. Zazdroszczę trochę, że u nas takich możliwości jest zdecydowanie mniej. Po pierwsze gry bardziej dynamiczne, a po drugie pojawienie się z dziećmi na stadionie jest trochę ryzykowne.
Lekcja dla mnie: upewnić się, że jeżeli na coś się decyduje, to zaangażuję się na 100%, inaczej jest to bez sensu. Następnym razem kupuję łapę, koszulkę i będę się darł najgłośniej na stadionie.