?Boże spraw żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce?

Masakra. Zdarzają się właśnie taki dni jak dzisiejszy. Koniec tygodnia, na tapecie jeszcze multum niedokończonych spraw. Co gorsza, czeka na mnie w przyszłym tygodniu więcej wyzwań, niż jestem w tej chwili w stanie ogarnąć. Dodatkowo jeden wieczór w tym tygodniu zmarnowała mi niedyspozycja i cały plan się sypie. Znacie to uczucie? Chce się wyć, położyć spać i obudzić w nowym lepszym świecie, gdzie problemy się same rozwiążą.


Właśnie dlatego zdecydowałem się na stworzenie tego bloga. Jedyna rada, którą można znaleźć w mądrych książkach to myśleć pozytywnie i tym podobne bzdury. Pozytywne myślenie nie zrobi za mnie pracy. Bardzo łatwo jestem w stanie obiektywnie zanalizować mój stan ducha: odpuściłem sobie przez jakiś czas ćwiczenia fizyczne, jestem niewyspany i zmęczony. Dodatkowo czuję mocną presję w pracy, bo dostałem do wykonania ?mission impossible? i muszę jakoś wymyślić jak zamierzam się do tego zabrać.

Oczywiście oprócz pracy mam kilka innych punktów dosyć stresujących jak zmiana kredytu mieszkaniowego, remont w mieszkaniu, przygotowanie wakacji. A jeszcze naszło mnie na zabawę w bloggera. No i teraz co? Gdzie podejście w zgodzie z siedmioma nawykami?
Ano wygląda, że to jedyne rozwiązanie. Trzeba doprowadzić cały układ do równowagi. Zrezygnować z części pomysłów, które zacząłem realizować, poświęcić ten czas na ćwiczenie i rozwiązanie najważniejszych problemów i dopiero jak upewnię się, że mam czas na najważniejsze rzeczy dodać sobie coś nowego do roboty.

Problem polega na tym, że ja nie chcę rezygnować z niczego, co zacząłem! To też zapewne znacie. Decydowanie o priorytetach jest jedną z najtrudniejszych do wykonania rzeczy. Ale znowu nie widzę innej opcji. Mam dwie możliwości: albo na chwilę wstrzymam się z częścią projektów i zrealizuję je później, albo będę robił wszystko teraz i nie osiągnę nic. Wybór jest tak oczywisty jak się na to popatrzy racjonalnie, ale trudno to sobie przetłumaczyć jak się tego nie zobaczy narysowanego na papierze.

Zrobiłem sobie właśnie przerwę na przejrzenie tego, co robię i lekką ręką wykosiłem czasochłonne projekty, które mogą trochę poczekać. Nie zajęło mi to nawet pięciu minut. Znowu mam dowód na to, że jednak lepiej działać niż jęczeć. Jak się chce to można. Twarda zasada, którą ogłaszam właśnie publicznie: nie dodam sobie nowego projektu, jeżeli nie zamknę któregoś z otwartych w tej chwili. Za łatwo czasami udaje mi się przecenić moje możliwości i zawsze kończy się tak samo: frustracja.