Chyba nazwę serię wpisów „Łaziło mi po głowie” ;). Jeżeli dobrze sobie przypominam, to kilka właśnie tak się zaczyna. Wpadło mi coś do głowy i nie mogłem się od tego uwolnić. Mianowicie zastanawiałem się nad tym jak bardzo niektóre powiedzenia i zakorzenione „mądrości ludowe” mogą być mylące i czasem totalnie od czapy. Tym razem na warsztat poszło „Pieniądze szczęścia nie dają”.

Spuśmy analityka ze smyczy na początek. Co za bezsensowne stwierdzenie. Taki samo ma sens jak tytuł tego wpisu. Ile razy w życiu oddychanie dało Ci szczęście? Oddychasz bo bez tego przestaniesz żyć. Szczęścia samo w sobie to na pewno Ci nie da. Krew szczęścia nie daje. Tak samo, potrzebujesz jej do życia, ale raczej rzadko powiesz „Ile szczęścia dało mi to, że mój mięsień sercowy pompuje moją krew w tętnice.” Jakoś nie przychodzi nam do głowy łączyć jednego z drugim.

Dzieje się trochę gorsza rzecz przy interpretacji tego stwierdzenia, które jednak mądrość w sobie zawiera. Jakie jest twoje pierwsze skojarzenie? Jeden z ciągów skojarzeń: Pieniądze szczęścia NIE DAJĄ! Aha, czyli pieniądze to NIESZCZĘŚCIE! A skoro pieniądze to nieszczęście to są ZŁE! Wynik – Pieniądze są złe. To ekstremum, ale patrząc na całe spektrum raczej pieniądze rzadko są kojarzone ze szczęściem.

Może i słusznie. Kto tam wie. Moim skromnym zdaniem to wielkie nieporozumienie dookoła pieniędzy bierze się z emocji, które się z nimi wiążą. Jak zwrócił mi uwagę znajomy (dzięki Marcin) to w Biblii nie pisze, że pieniądze są złe. Pisze, że „miłość do pieniędzy jest zła”. To trochę zmienia punkt widzenia. Uproszczenia tłumaczenia i interpretacji powodują, że zaczynamy myśleć o pieniądzach w trochę dziwny sposób. Przyznaję, że sam nie byłem ani nie jestem wyjątkiem. Doświadczenia ostatniego roku dały mi inne perspektywy patrzenia na to, czym waluta faktycznie jest i może być.

Wynik: zakochałem się w pieniądzach! Zaraz, chwilunia, to jak to z tą miłością do pieniędzy? No bynajmniej nie uchylam się od mądrości biblijnych. Moje zakochanie jest podobnej natury co mój podziw dla koła, energii elektrycznej, komputerów czy druku. Pieniądze są genialnym wynalazkiem, świetnym narzędziem ułatwiającym życie. Pozwalającym na robienie bardzo fajnych rzeczy i unikanie konfliktów. Pod warunkiem, że traktujesz je zgodnie z ich przeznaczeniem.

Pieniądze wymyślono, żeby ułatwić wymianę handlową w bardziej zorganizowanych społecznościach. Barter przestał pełnić swoją funkcję, gdy pojawiła się specjalizacja wśród ludzi. Trzeba było znaleźć inny sposób wymianę i rozwój. Pojawiły się pieniądze! Dzięki nim można było rozwijać się dalej. U podstawy pieniędzy stało zaufanie, umowa pomiędzy ludźmi, że za papierki, kawałki płótna czy muszelki, a teraz świstki papieru i kawałki metalu możesz nabyć usługi i produkty. Teraz już nawet papieru i metalu jest coraz mniej, wszystko istnieje elektronicznie. Pieniądze to nic więcej jak narzędzie. Niesamowite, bo bardzo uniwersalne, ale po prostu narzędzie. Genialne i dające niesamowite możliwości, pewnie dlatego tak często budzi różne emocje.

Genialność pieniędzy polega jeszcze na tym, że są świetną miarą wartości tego co tworzysz, wymyślasz, produkujesz. Reklama z kartą kredytową i zakupami za rózne kwoty i uczuciem bezcenne to już klasyk. Świetna, bo trafia w sedno tego czym jest plastik, którym się posługujesz i jednocześnie pokazuje, o co tak naprawdę chodzi. Tworzyć bezcenne uczucia, wrażenia i wspomnienia. Ale do ich wytworzenia potrzebne są jakieś konkretne mierzalne i namacalne zasoby. Bezcenne wrażenia uzyskuje się dlatego, że ktoś gotów jest za nie ponieść jakiś koszt (niekoniecznie w formie pieniężnej).

Miałem kilka takich sytuacji w ciągu ostatnich miesięcy, a pojawiają się one coraz częściej, gdy chcesz zrealizować jakiś pomysł. Poszczególne osoby mogą włożyć w ten pomysł różne dobra pracę, know-how, pieniądze, dostęp do klienta. W jaki sposób podzielisz spółkę? Każdemu po równo? Jak policzyć wkład każdego z tych elementów i jego wartość? Jaka jest wartość danego składnika teraz, a jaka będzie za kilka lat? Jakie ryzyko ponosi każdy z uczestników? Ćwiczenie nie jest proste. Jeżeli zależy Ci na dobrych relacjach to najlepiej sprowadzić rozmowę do kwestii pieniędzy. Przeliczenia każdego ze składników, ich zmiany w czasie, wartości itd, tak, żeby ostatecznie wypracować rozwiązanie, w którym każdy z uczestników będzie się czuł zadowolony. Win-win or no deal.

Nie wyobrażam sobie, ze może być lepsze rozwiązanie. Teksty w stylu „jakoś się dogadamy”, „przecież jesteśmy przyjaciółmi i dorosłymi ludźmi” prowadzą później do dużo głębszych nieporozumień. Na co to komu? Powołując się na mądre słowa dziadka Uli „chce miec spokojny sen i szczesliwa rodzine, przyjaciol wokolo”. Szczególnie jeżeli chodzi o budowanie wartości, która ma trwać latami.

Podsumowując jakoś temat. Miłość do pieniędzy to trochę jak miłość do młotka. Też genialne narzędzie, miłość to piękne uczucie, ale połączenie obu już jakoś niespecjalnie pasuje ;), pomimo tego, że młotki przyczyniły i przyczyniają się do powstania wielu pięknych rzeczy, które nas otaczają. Szczęście to stan, nie ma co go uzależniać od posiadania lub nieposiadania pieniędzy. Szczęśliwy możesz być zawsze. Pieniądze są super, bo dają możliwości. Możliwości z kolei możesz przekuć na cokolwiek sobie wymyślisz.

Gdybym miał coś zapamiętać dla siebie to ująłbym to tak: „Pieniądze szczęścia mogą nie dawać. Dawanie szczęścia innym ma spore szanse dać pieniądze Tobie.”

Kategorie : Działanie, Misja
sty
26

Trudne pytania

Komentarzy (7)

W zeszłym miesiącu miałem dyskusję z Wiktorią (4,5 roku). Wracaliśmy do domu samochodem. I rozmawialiśmy o tym skąd się biorą ludzie. Tak dotarliśmy do moich rodziców i dziadków. Opowiedziałem jej o mojej babci, po której Wiktoria ma imię. Wiktoria spytała:
- Gdzie ona teraz jest? – Odpowiedziałem, że umarła.
- Czy wszyscy ludzie umierają?
- Tak.
- Czy ja też umrę?
Jak byście odpowiedzieli na to dziecku? Waszemu dziecku?
- Kochanie jesteś jeszcze mała masz dużo czasu. Nie martw się tym.
- Ja nie chcę umierać! – i zapłakała. Spytała po chwili:
- A co się dzieje z ludźmi po tym jak umierają?
A ja nie wiedziałem co odpowiedzieć. „Zasypiają i kiedyś wszyscy spotkają się razem”. Nie potrafiłem wytłumaczyć tego inaczej dziecku. Bo sam nie mam odpowiedzi.

Bardzo łatwo mówi się o byciu ateistą, agnostykiem i bóg wie jeszcze czym gdy się po prostu gada z dorosłymi. W zetknięciu z dzieckiem wyjaśnienie tego staje się trudniejsze. Mam dziwne odczucie, że bardziej prawdziwe.

Jak byś odpowiedział na te pytania dziecku?

Kategorie : Misja
sty
13

Ogrodnik swojego losu

Komentarzy (9)

Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł na artykuł o kowalu swojego losu. O tym jak kowal pracuje z żelazem. Jak rozgrzewa je, kuje gorące, później chłodzi, znowu rozgrzewa zmieniając twardy materiał w coś plastycznego, co można przekształcać w cokolwiek tylko chcesz. Pod warunkiem, że wiesz jak to robić. Nie walisz „na pałę” cały czas, tylko dajesz czas na odpoczęcie materiału, rozgrzewając, chłodząc i składając doprowadzasz do stanu, w którym zmienia swoje właściwości i możesz na nim pracować dalej. Wydawało mi się wtedy, że tak właśnie pracuje się ze swoim życiem. Od Ciebie zależy czy wszystko pójdzie ok., czy coś skopiesz. To Ty dzierżysz młot (bez sierpa) i jesteś Panem Stworzenia. No ale…

Doszedłem do wniosku, że to bardzo kusząca i budująca ego metafora, ale mało jednak trafiona. Bo w przypadku kowala kontroluje on większość czynników sukcesu przedsięwzięcia, podczas, gdy tak naprawdę w życiu bezpośrednio od nas nie zależy praktycznie nic! Masz wątpliwości? To wyjdź w pogodną noc w miejsce skąd zobaczysz gwiazdy i się zastanów jak wielkie znaczenie masz dla wszechświata. Ja tam zawsze przy takim eksperymencie nabierałem pokory, chociaż od ładnych kilku (kilkunastu?) lat go nie uprawiałem.

Ale jak się to ma do proaktywności? I tego, ze przecież ode mnie zależy moje życie? No i tutaj pojawia się ogrodnik. Uprawia ogród troszcząc się o niego najlepiej jak potrafi. Sadzi potrzebne rośliny, pieli chwasty, chroni przed szkodnikami wszelakiej maści, usuwa uschłe gałęzie, podpiera drzewa przechylone przez wiatr. Według swojej najlepszej wiedzy nawozi, podlewa i dogląda całości. Wstaje wcześnie, kładzie się spać późno, żeby jego ogród kwitł i rozwijał się. Od czasu do czasu jakaś roślina żółknie, liście się zwijają, marnieje w oczach. Wtedy ogrodnik siedzi z nosem w książkach, pyta znajomych, ekspertów co może być przyczyną, co robić. Szuka rozwiązań i czasem znajduje. A czasem nie. Roślina usycha, sadzi na jej miejsce nową, a przy kolejnej podobnej przygodzie udaje mu się ją uratować. Czasem pojawiają się burze strząsając owoce, czasem grad uszkadzając je. Czasem mrozy niszcząc kwiaty, a tym samym owoce. Ogrodnik w tym sezonie nic nie zyska, albo bardzo mało.

Jak wpływ na plony ma ogrodnik? Jaki wpływ na wygląd ogrodu? Co może zrobić z pogodą? Co może zrobić z chorobami i innymi przypadkami losowymi? Jak to jest, że na dwóch sąsiadujących ze sobą polach jeden zbiera plon, a drugi nie?

Tak naprawdę nasz ogrodnik ma wpływ tylko na to co sam robi i co wie. Nigdy nie wie jaki i kiedy efekt uzyska. Pewna jest praca, jej wynik niekoniecznie. Z czasem jednak ogrodnik nabiera doświadczenia i lepiej radzi sobie z chorobami drzew, ze szkodnikami. Nie kontroluje wszystkiego, akceptuje, że na żywioły nie ma rady, tak jak nie ma rady na cykl pór roku. To zasady, których negowanie byłoby bez sensu. To co może robić to maksymalizować szanse swojego sukcesu przez systematyczną pracę, zdobywanie wiedzy i cierpliwość.

To wg. mnie lepsza metafora życia. Nie możemy być pewni co, kiedy się wydarzy. Możemy tylko wybrać działanie i zaakceptować jego konsekwencje. Im lepiej będziemy rozumieć system, w którym żyjemy i działamy tym większa będzie nasza zdolność przewidywania tego co się stanie. Im większa nasza wiedza, doświadczenie i umiejętności tym większe szanse na sukces. Ale bez żadnej gwarancji. Może się okazać, że nie rozumiesz kontekstu, w którym działasz, wtedy zachowujesz się jak ogrodnik negujący pory roku, im bardziej się buntujesz tym bardziej nie wychodzi. Masz szansę, pod warunkiem, że zrozumiesz w jaką grę grasz.

Uświadomienie sobie faktu jak mało do Ciebie zależy jest przygnębiające, czy wprost przeciwnie? Mnie uspokoiło. Wiem, że zrozumienie systemu to podstawa, umiejętności da się zdobyć, wiedzę też, doświadczenie przychodzi. Mam wpływ na to co robię. I na tym warto się skupić – na działaniu. Plon się pojawi.

Kategorie : Działanie, Misja
sty
11

Rozcieńczanie doznań

Komentarzy (4)

Słyszałem taki dowcip o potrawce, którą robiono z koniny i kurczaka. Kucharz zapytany o proporcje tego dania odparł „Pół na pół. Pół konia, pół kurczaka.” Nie jadłem, więc o smaku nie będę nic pisał, skupię się raczej na aspekcie proporcji. Może tytuł powinien brzmieć „łyżka miodu w beczce dziegciu”? O co mi chodzi?

Jak wygląda przeciętny nasz dzień. Uogólniam jak zwykle, ale niech tam. To jeszcze nie blog naukowy. Czyli jak wygląda mój dzień uogólniony na całą populację? Zazwyczaj zabiegany. Dużo się dzieje, dużo do zrobienia. Dużo na dziś, jeszcze więcej na wczoraj, a jutro też się wciska do dzisiaj z każdego miejsca. Presja na to, żeby efektywnie, a nawet bardzo efektywnie wykorzystać czas nie maleje. A wprost przeciwnie z dnia na dzień staje się większa. W pewnym momencie nawet nie wiesz, czy ona rzeczywiście istnieje, czy to po prostu „ślad pamięciowy” w twoim mózgu z automatu narzuca „masz mało czasu, rób więcej rzeczy na raz!”.

Jeżeli tak nie masz to koniecznie napisz. Próbuję się nauczyć jak sobie ten „drive” do działania odrobinę stonować. Jeżeli masz to będzie łatwiej się nam zrozumieć. Wracając do meritum. W takim stanie znajdujesz fajną książkę, artykuł albo przychodzi Ci ochota do rozmowy z kimś bliskim. Ponieważ na świecie dzieje się jednocześnie tyle ważnych spraw to w tle koniecznie musi ujadać radio, telewizor albo cokolwiek innego. Przecież spokojnie można czytać i słuchać jednocześnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy przegapi się Niezwykle Ważną Wiadomość O Czymś Co Odmieni Twoje Życie. Macie tak?

Zauważyłem, że mam problem z byciem „tu i teraz”. Zazwyczaj myślę już o tysiącu spraw, które mam do załatwienia, planuję na lata do przodu. Bawię się z dziećmi, a w duchu wymyśliłem właśnie kilka kolejnych narzędzi do szkoleń, albo strategię marketingową firmy. Jak bardzo nonsensowne to jest zachowanie! Niby efektywne, bo przecież robię co najmniej 2 rzeczy jednocześnie. A tak naprawdę to jest marnowanie czasu w czystej postaci! Ani dzieci nie są zadowolone, bo tak naprawdę to mnie nie ma, ani ja – bo nie mogę się skupić na tym za czym właśnie powędrowały moje myśli!

Zacząłem się zastanawiać nad tematem i doszedłem do wniosku, że warto na poważnie wrócić do medytacji. Dotarło do mnie, że chcę zyskać umiejętność maksymalnej koncentracji na „tu i teraz”. Nierozproszonej przez niecierpliwość, niepokój, rozdrażnienie. To nie tylko pozwala na pełniejsze przeżywanie wszystkiego, co mnie spotyka, ale poważnie redukuje stres i agresję. Do tego dodałem zasadę „rób to na co masz ochotę” (o tym napiszę trochę później) i ograniczenie do minimum rzeczy ważnych. Pierwsze efekty już są. Czuję się dużo lepiej, polecam rozważyć nadanie priorytetu zabawie „tu i teraz”. No ale oprócz efektywności jest jeszcze inny aspekt – jakość życia.

Może to już przyzwyczajenie, ale mam wrażenie, że otoczenie działa właśnie w taki sposób – powoli uczy Cię mieszać różne smaki, dźwięki, wrażenie w niestrawną papkę. Taki silny wniosek i motyw do przemyśleń pojawił się na koncercie Bajmu, na który poszliśmy z Kariną. Ponieważ siedząc w kongresowej nie miałem ze sobą laptopa, długopisu ani kartek ;) mogłem skupić się na muzyce i koncercie. I ze zdziwieniem zauważyłem, że zazwyczaj nie słucham tak muzyki! Nagle zacząłem słyszeć więcej, czuć więcej, zastanawiać się nad tekstem, interpretować, zanurzać się w dźwięki i wrażenia. Po prostu być tu i teraz.

Pojawiło mi się pytanie „Kiedy ostatnio mogłem skupić się na 1 rzeczy bez obawy, że zaraz wyskoczy mi coś kolejnego?”. Kiedy czytałem książkę skupiają się tylko na niej, dając sobie czas na jej „przetrawienie” do głębi, a nie przełożenie na coś praktycznego? Jakoś na studiach chłonąłem tony fantastyki, a teraz ta pasja zniknęła. Kolejne pytania: Co mnie powstrzymuje, żeby do tego wrócić? Odpowiedź nie była specjalnie zaskakująca – ja sam. Szkoda mi czasu! No rany boskie, genialne po prostu genialne. Oddychanie na szczęście jest odruchem bezwarunkowym, bo znając siebie też bym pewnie odłożył „na później” bo nic nie wnosi do moich projektów ;).

Net – Pomysł na relaksacje, medytacje i skupianie się na jednej rzeczy i nabywanie tego nawyku (nie mam go, bo w trakcie pisania tego postu sprawdziłem maila, plus jest taki, że zauważam jak zaczynam robić takie rzeczy) wynika z mojej obserwacji siebie i silnego uświadomienia sobie, że bez skupienia się na tym czym aktualnie się zajmuje tak naprawdę to: obniżam jakość mojego życia, zadowolenie z niego, zmniejszam moją efektywność (mimo wszystko to dla mnie ważna miara).

Nawet krótki czas (teraz około 3 tygodni) świadomego skupienia na wdrażaniu opisanych powyżej sposobów daje zauważalne wyniki. Warto rozważyć ten temat, szczególnie jeżeli dużo dzieje się w Twoim życiu. Koncentracja i sprawnie funkcjonująca mózgownica na 100% będzie Ci potrzebna.

Na koniec mały test na skupienie na jednej rzeczy: ile okienek masz jednocześnie otwartych na swoim kompie? W czym to Ci pomaga? Potrzebujesz ich w tym momencie?

Mój wynik teraz:7 + 5 katalogów. Tragedia :(. Na szczęście tylko Outlook mnie przyciągnął do siebie :), Do napisania tego postu potrzebowałem tak naprawdę 2: word’a i odtwarzacza z muzyką. Czyli Wskaźnik Przeładowania Okienkami (WPO) = Otwarte (12)/Potrzebne(2) = 600%. I tym samym zakończyłem bardzo naukowo. Oczywiście dążyć należy do wskaźnika WPO=100%. A jak wygląda Twój WPO? ;)

Kategorie : Działanie, Osobowość

Czas zacząć :). Niektórzy już zaczęli i Dzienniki Wojenne się zapełniają.
Zasady takie same jak do tej pory. Postanawiasz coś, opisujesz to w Dzienniku Wojennym i razem z nami uczysz się jak postanowień dotrzymywać :D.

Dla stałych bywalców wszystko jasne. Nowych bywalców ;) zapraszam na stronę Postanowienia Noworoczne . Tam znajdziecie to co trzeba.

Zatem do dzieła. “Losers make promises. Winners make commitments!”. Zakładam, że chcemy się zaliczać do tej drugiej grupy ;).

Kategorie : Działanie, Planowanie

Rok 2009 zaczynał się bardzo ciekawie. Od wielkiego skoku w nieznane. Najciekawsze i jednocześnie najfajniejsze jest to, że nie byłbym w stanie opisać dokładnie w jakim stanie będą moje projekty 31 grudnia 2009. W życiu bym nie wpadł na te wszystkie rzeczy, które pojawiły się „z nikąd” i doprowadziły kilka moich projektów znacząco do przodu. To na moją małą osobistą skalę potwierdza hipotezę, że nie da się wygenerować genialnej i dokładnej wizji tego, co zamierzasz osiągnąć pozostając tylko na poziomie mentalnym. Dopiero działając uczysz się i możesz sterować swoim życiem. W innym przypadku po prostu dryfujesz pogrążony w wizjach. O tym też pewnie więcej w kolejnych postach, teraz skupię się na podsumowaniu moich postanowień, tego jak wyglądał plan, jaka się okazała rzeczywistość i co ostatecznie się zmaterializowało.

Priorytety na 2009 były następujące:
1. Praca z Kariną nad jej biznesem
2. Realizacja 3 wspólnych rzeczy z listy 100 najważniejszych w życiu
3. Zdrowie
4. Rozwijanie biznesu Zarządzania Projektami
5. Proaktywnie.pl

Co się wydarzyło w ciągu roku i jaka jest ich postać końcowa?
1. Proaktywnie.pl przekształciło się w Proaktywnie NEXT
Na liście projektów nie ma rozwoju proaktywnie.pl. To pierwszy rok, w którym proaktywnie nie załapało się w ogóle na listę! Stało się tak dlatego, że postanowiłem ocenić pomysły na rzeczy którymi chcę się zająć pod kątem czterech cech: ważności dla mnie i rodziny, bezpośrednie przełożenie na osiągnięcie celów, instynktowne przeczucie „wartości wysiłku” i „przyprawy”, czyli jak atrakcyjny ten projekt jest dla mnie.

Chcę trochę lepiej opisać „miary”, które zastosowałem. Ważność dla mnie i rodziny jest w miarę oczywista. Zajrzałem co mam w misji życiowej, przyłożyłem do projektu i stąd pojawiła się ocena. W tym momencie kluczowy jest stały i stabilny przychód, więc to był jeden z głównych czynników oceny.

Bezpośrednie przełożenie na realizację celów. Zauważyłem u siebie tendencję szukania dróg na skróty. To dzięki kilku rozmowom ze znajomymi (dzięki Magda, dzięki Przemek). Zamiast od razu uderzać tam, przygotowuję dodatkowe zasoby przed „przypuszczeniem ostatecznego szturmu”. Postanowiłem skoncentrować się na projektach, które najszybciej i najprościej prowadzą do moich celów.

Nauczyłem się ufać przeczuciom. Dlatego pojawiała się taka miara, jeżeli czułem, że projekt miał w sobie „coś”, czego nie jestem w stanie opisać i policzyć, ale w środku coś krzyczy „to jest dobre” dodawałem dodatkowy punkt.

No i ostatnie, też nauka z tego roku. Jeżeli projekt ma w sobie coś co sprawia, że życie staje się ciekawsze dostawał punkt za przyprawę. Sama realizacja celów jest nudna, jeżeli nie są odpowiednio doprawione.

W ten sposób powstała lista, na której jak wspominałem proaktywnie się nie pojawiło. Po 2,5 roku działania dotarło do mnie, że idąc dalej tą drogą idę w ślepą uliczkę. Dużo rzeczy próbowałem w 2009. Konkursy, wykłady, warsztaty, szkolenia. Wszystko szukając tożsamości proaktywnie. W tym wszystkim zaczął się gubić pierwotny sens i cel założenia bloga, wartości dla czytelników. Tak być nie może. Zaglądacie tutaj, chcę, żebyście dostawali coś, co dla was stanowi wartość. Robiąc zbyt wiele rzeczy na raz zacząłem tę wartość rozwadniać.

2010 nie oznacza, że proaktywnie znika. Wraca do formy bloga. Zero biznesu powiązanego z proaktywnie, zero warsztatów, coachingu czy czegokolwiek. Proaktywnie to idea, a wiązanie jej z pieniędzmi powoduje, że pojawiają się wątpliwości „Co on próbuje mi sprzedać kolejnym postem?”. Tego nie chcę.

Czym jest Proaktywnie NEXT? Zobaczycie wkrótce. Nazwa będzie bardziej sexy, zapewniam :D, rozwiązanie także. Po prostu proaktywnie.pl było pożywką, na której wykiełkowały świetne pomysły. Fazą 0 dużo większego projektu, który dorósł i się usamodzielnił. Tak będzie najlepiej dla obu bytów :D. Proaktywnie to „miejsce z rodzinną atmosferą”. Może to dobry claim „delikatny tuning życia w rodzinnej atmosferze”. Jak się wam podoba?

2. Projekty 1 & 4 przekształciły się w Leadership Center
Okazało się, że pracując nad tym jak widzimy nasze kariery doszliśmy do wniosku, że Karina dużo bardziej realizuje się prowadząc duże projekty marketingowe, a w ogóle nie pociąga jej „zabawa” w start-up.

Jedna z najlepszych decyzji w życiu :D, bo wszystko ułożyło się nawet lepiej niż sobie to planowaliśmy na początku roku. Znowu przykład tego, że nie da się wymyślić wszystkiego tak dobrze, jak to może być w rzeczywistości. Jak tylko namówię Karinę na wywiad do proaktywnie do działki „jak łączyć udane macierzyństwo z karierą zawodową” będę pisał o sobie ;).

Rozwiązania dla biznesu przybrały postać Leadership Center. Doświadczenie z początków tworzenia własnego brandu, organizowania zespołu, negocjowania warunków – bezcenne. Ostatecznie rok kończy się rewelacyjnie. Razem z Professional połączyliśmy siły, plan wygląda solidnie pozostaje go zrealizować.

Dla wszystkich, którzy zamierzają rozkręcać własny biznes moich bezcennych wniosków. Po pierwsze pieniądze są genialnym wynalazkiem! Chcąc wypracować rozwiązanie wygrana-wygrana trzeba sprowadzić dyskusję do pieniędzy i ich wartości w czasie. To powoduje, że nieporozumień jest później dużo mniej.

Ustal zasady współpracy na starcie. „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Bez jasnego określenia jak wszystko będzie wyglądało w szczegółach bardzo szybko pojawiają się nieporozumienia i rozczarowanie. Zasady współpracy jak najszybciej, a wszystkie wątpliwości rozwiązywać jak tylko się pojawią.

Partnerskie zasady nie zawsze są możliwe do wypracowania, ale tylko w takich układach tak naprawdę warto pracować. Nie oznacza to, że obie strony muszą być „tej samej wielkości”, to raczej chodzi o mentalne podejście oparte na szacunku, asertywnych postawach z obu stron i jasności motywów, dla których podjęliśmy w ogóle współpracę.

3. Zdrowie to jest niezmienne ;)
Moja największa porażka w tym roku? Nie zrealizowałem celu, który zamierzyłem, więc patrząc z tej perspektywy faktycznie kicha. Najciekawsze jest to, że dla siebie nie potrafię tego traktować jednoznacznie, a na pewno sam oceniam ją bliżej fajnej przygody niż wtopy. Zajmując się tą działką nauczyłem się o sobie bardzo dużo. Wielu rzeczy na nowo niestety.

Co takiego sprawia, że nie traktuję tej działki jednoznacznie? Po kolei. Zaczynałem rok od wagi 108 kg, w okolicach kwietnia pilnując się dotarłem do 102. Pod koniec czerwca było to 113! Pracując na siłowni dotarłem do 107, żeby wylądować na 113 w grudniu! Niezła jazda.
Co ciekawe jednocześnie. Przed czerwcem nienawidziłem biegania. Zacząłem treningi od 2:00 wolnego biegu i 2:00 marszu (łącznie godzina).

Zrealizowałem mój cel przebiegnięcia ciągiem dystansu 5 km, w tempie 9,5 km/h. Nie wierzyłem, że to w ogóle możliwe. Teraz trenuję 2:00 biegu, 30 sekund marszu. I kupiłem sobie wdzianko do biegania przy temperaturze 0-10 stopni. To też uważałem za niemożliwe, a jednak się da i jest fajnie :).

Szpagat. To dowód, że człowiek uczy się całe życie a i tak umiera głupi ;). Na grzyba mi robienie szpagatu? Znajoma trener fitness go nie robi. Wniosek dla mnie: Zasadę „Think Big” stosować tylko wobec naprawdę ważnych dla mnie rzeczy. Nie wszystko co robię musi być super-mega-wypaśne. Niektóre, takie jak rozciągnięcie wystarczy, że są na odpowiednim poziomie. W tym roku poznam sukces po opinii mojego trenera na temat mojego rozciągnięcia. I wystarczy.

Najciekawsze w całej sprawie jest jednak to, że w 2010 dojście do idealnej wagi jest moim jedynym postanowieniem. I jestem przekonany, że je zrealizuję. Na jakiej podstawie tak twierdzę? Bo dotarłem do kolejnego najistotniejszego czynnika sukcesu w moim przypadku.

Zjadł mnie demon stresu. Tak naprawdę za każdym razem on mnie pokonywał. Rosnący stres powoduje u mnie przewidywalny efekt i impuls „jedz, jedz, jedz”. Nieważne jak to działa psychologicznie, ważne, że tak się dzieje. I jak spojrzę w przeszłość, też patrząc na sytuacje, w których udało mi się doprowadzić do rewelacyjnej formy, relaks odgrywał bardzo ważną rolę. Wtedy miałem komfortowe warunki pod tym względem. Ten rok, jak pisałem już w poprzednim poście raczej, do najspokojniejszych nie należał.

Mechanizm upadku był prosty. Zaczynam czuć, że za mało czasu poświęcam na kluczowe projekty biznesowe, odpuszczam wtedy treningi. Pierwsze wypadały biegowe, bo uważałem je za mniej istotne. Tak naprawdę to oprócz treningu miały one dodatkowy dobroczynny wpływ. Godzina biegu relaksuje dużo bardziej niż godzina z żelastwem! Pozwala na przemyślenie wielu spraw i zrelaksowanie się. Wyrzucenie tego, bez kompensowania tego ćwiczeniami relaksacyjnymi napędzała błędne koło! Stres rósł coraz bardziej, aż do opisanego wyżej niepohamowanego impulsu!

Co zacząłem robić, żeby to zmienić? W 2010 ustaliłem listę projektów i ich priorytetów. Nic nowego nie pojawi się na liście, dopóki nie zamknę tych. Potrzebowałem rozwinąć asertywność wobec siebie samego ;). Odkryłem saunę! Po każdym treningu spędzam w niej 10-15 minut. Nie wiem na ile to efekt sugestii, ale nie choruję jak w zeszłym sezonie i pobyt w niej bardzo mnie relaksuje. Polecam! Po trzecie w końcu wziąłem się za medytacje, co cały rok przecież wypisywałem (podświadomość chciała mi coś powiedzieć, a ja to ignorowałem). Efekt jest super. Pod koniec dnia 20 minut sprawia, że poziom stresu się redukuje, a do głowy przychodzą lepsze pomysły.

Stąd też nazwa roku 2010 dla mnie – zrelaksowana koncentracja. Potrzebuję pilnować tego, żebym swobodnie mógł się skupić na najważniejszych rzeczach, bez rozpraszania na drobnicę.

4. 3 z 100 najważniejszych rzeczy w życiu? W 2009 zainicjowałem jedną bardzo ważna – start-up własnej firmy, tak naprawdę to dwóch osobnych. Z pozostałych nic nie wyszło. W tym roku jest to część projektów „Okruszki” i „Próbowania nowych rzeczy”. Jestem przekonany, że będzie dużo lepiej. Żeby nadrobić zaległości w tym roku zaplanować powinienem 5 z 100 ;). Niech tak będzie.

Całkiem szczerze to najbardziej tego podsumowania potrzebowałem chyba ja. Ale myślę, że może się przydać też wam przy refleksji na przeżytym rokiem i dojdziecie do ciekawych wniosków. Teraz pozostaje tylko zabrać się za dziennik wojenny. Bo prowadzenie go pozwoliło mi na najlepszą i najdokładniejszą jak do tej pory ocenę moich działań. Spisuj co postanawia i jak Ci idzie. Ta widza jest bezcenna! Naprawdę. Powodzenia w tym roku i zapraszam do Postanowień 2010 :D.

Temat chodzi za mną tak mocno, że jak go nie zamknę to nie zaznam spokoju. Zastanawiałem się, co takiego odciąga mnie od napisania tego tekstu. Jest jedna mała rzecz, ale o tym później, najpierw zajmę się tym co najważniejsze. Spojrzeniem na cały 2009, moje plany, postanowienia, nadzieje i weryfikację 365 dni. Kolejnych 365. To dużo, pytanie jak dobrze je wykorzystałem i co zamierzam zrobić dalej.

Jak zwykle postaram się opisać to w taki sposób, żebyś mógł z tego jak najbardziej skorzystać, pomimo tego, że ten wpis jest mocno osobisty, bo dotyczy mojego roku. Tym niemniej możesz uczyć się na moich sukcesach, błędach i wnioskach, żeby uniknąć tych drugich i szybciej przejść do wdrażania w życie trzecich, tak żeby twój rok był wypełniony tymi pierwszymi ;).

Jak oceniam 2009?
Tak naprawdę to ten rok zaczął się dla mnie 1 listopada 2008, a skończy najprawdopodobniej na początku lutego 2010. Wydłużony kalendarz, niekoniecznie kompatybilny z kalendarzem Majów, ale na moje potrzeby działa rewelacyjnie. Prawda jest taka, że lata nie istnieją w silosach i oderwaniu od siebie, a są elementem dłużych cyklów i dopiero patrzenie w ten sposób pozwala lepiej ocenić co się działo. Tym bardziej, że niektóre wydarzenia mają długofalowe efekty. Tak było i w moim przypadku. Ale po kolei.

2009 to dla mnie i dla całej naszej rodziny rok zmian. Zmieniło się prawie wszystko co mogło, oprócz mieszkania (co tak na marginesie było bliskie realizacji, na szczęście podjęliśmy decyzję, że na razie nie jest to dobry moment). W sierpniu 2008 urodził się Mateusz, we wrześniu Wiktoria poszła do przedszkola, w listopadzie rozstałem się całkowicie z pracą na etacie i rozpocząłem na 100% działalność na własny rachunek, w czerwcu 2009 rozluźniłem współpracę z firmą, z którą zaczynałem moją przygodę na własnym i przerzuciłem moje siły na tworzenie Leadership Center i pracę nad projektem Proaktywnie NEXT (nazwa kodowa na razie ;) ). Jakby tego było mało we wrześniu Karina wróciła do pracy, po to, żeby po fajnej propozycji, zmienić ją na dużo ciekawszą w listopadzie.

Patrząc na czynniki stresu wygenerowane w ciągu tego roku przekroczyliśmy wszelakie dopuszczalne normami unijnymi poziomy ;). I to faktycznie miało swoje negatywne skutki, choćby jeżeli chodzi o mój plan zbudowania formy. No i bez ukrywania mieliśmy kilka poważnych dyskusji co do stylu pracy trenera (ciągłe wyjazdy), tym bardziej, że Wiktoria po rozpoczęciu kariery przedszkolaka zaczęła mocno chorować i zamiast w przedszkolu dużo czasu spędzała w domu.

Podejmując te wszystkie decyzje zdawałem sobie sprawę, że to dużo zmian na raz, ale tak naprawdę to było najlepszy moment, w którym mogłem tak zadziałać. Gdyby nie to uciekły by bardzo ważne szanse, których mógłbym nie odrobić w szybkim czasie. Dało się przewidzieć, że Wiktoria będzie chorować, a to nałożone na moje wyjazdy może nieźle namieszać. Ale szczerze mówiąc gdybym to robił to w życiu bym się nie zdecydował na zdecydowane działanie.

Pomimo tych stresowych rzeczy to był jeden z najciekawszych okresów w życiu pod kątem nauki i realizacji pewnych, z pozoru nierealistycznych celów. Pierwsze wakacje od II roku studiów, które trwały trzy miesiące :), oczywiście przeplatane pracą, ale bez jakiegoś mega stresu, wprost przeciwnie, wypełnione poczuciem, że zmierzam we właściwą stronę. Spojrzenie na świat z perspektywy innej niż manager w korporacji było bardzo ożywcze i inspirujące. Przyznając się teraz do tego trochę bardziej: chyba zaczynam dorastać ;). Gdzieś przeczytałem, że 30 lat to wiek dojrzewania. Coś w tym jest.

Podsumowując podsumowanie odpowiem na pytanie, które zadał mi ostatnio mój znajomy. „Czy żałujesz tych decyzji?”. Odpowiedź brzmi – Czy wydawało mi się, że wiem co robię? Tak. Czy wiedziałem, na co tak naprawdę się decyduję? Nie :). Czy żałuję decyzji? Nie. Największa nauka z tego roku – jeżeli robisz to, co Cię pasjonuje spełniasz się najbardziej.

Kategorie : Rozwój osobisty
gru
23

Podziękowania Świąteczne

Komentarzy (0)

Radosnych Świąt

Postanowiłem trochę nietypowo.

Dziękuję wszystkim za to, że przeznaczacie swój czas na czytanie proaktywnie, komentowanie wpisów, dyskusje i podrzucanie mi co trudniejszych temató mailem :).

Dziękuję, że dajecie mi motywację do tego, żeby nie odpuszczać. Dziękuję za to czego mnie nauczyliście.

Oczywiście życzę Wam wszystkiego najlepszego w te Święta. Dzis przeczytałem ciekawe zdanie “Święta to nie czas, to stan umysłu”. Życzę Wam, żebyście znaleźli czas na wycieszenie się i skupienie na tym co ważne, żeby ta atmosfera była z wami aż do kolejnych świąt.

Mariusz “Deon” Kapusta

Kategorie : Rozwój osobisty
gru
14

Wszystko jest możliwe

Komentarzy (1)

Wszystko jest możliwe, jeżeli poświęcisz temu wystarczająco dużo czasu. Mam nadzieję, że tak narawdę jest :). Bo jak zauważył Krystian coś mało wpisów ostatnio :(.

Mea culpa. Poświęcam czemuś dużo czasu, żeby było możliwe. A w międzyczasie – motywujcie się ;).

Znalazł: Krystian

Kategorie : 5 minut
lis
18

Szukaj okruchów

Komentarzy (5)

Ostatnie miesiące, tygodni i dni to ciągła praca. Nawet nie fizycznie, bo tego niby jest mało, ale mentalnie jestem na 100% w pracy. Staję przed dylematem: napisać coś może, czy raczej działać dalej pchając do przodu moje projekty, które bardziej demonstrują wdrażanie szczytnych idei w życie niż kolejny filozoficzny post. Dzisiaj postanowiłem, że jednak napiszę. Hamulec na pracę, czas na refleksję.
Czytaj całość… →