mar
08

Wykrywacz sensu życia

Komentarzy (0)

Wynalazłem super urządzenie. Wykrywacz sensu życia. Jeżeli oglądaliście kiedyś „Aliens” albo lepiej graliście w Aliens vs. Predator na dużo łatwiej będzie wam załapać o co mi chodzi. Wyobraźcie sobie, że zmontowałem urządzenie, które działa podobnie do czujnika ruchu ze wspomnianych przeze mnie powyżej produkcji. Tam im bliżej było źródło ruchu tym mocniej „bipał” czujnik, im bardziej się oddalało tym „bipał” mniej. No, miałem chwilę wolnego czasu w weekend, zręczne rączki (no dobra grabie straszne, trochę się pokaleczyłem), biegłość w użyciu sprzętu majsterkowicza (jak z grabiami, wiertło samo zsunęło mi się na kolano, ale podobno jest do uratowania) i genialny pomysł (tutaj nawet ja nie ośmielę się żartować). No i jest.

Nie jest duże, nawet jak na prototyp, mieści się w plecaku. Dołączona do tego stara komórka robi za „bipacz” i wyświetlacz. Działa bardzo prosto. Idziesz sobie po ulicy (nie zwracając uwagi na ludzi, którzy dziwnie się patrzą) i jak zbliżasz się do sensu życia to urządzono mocniej „bipa”. Jak się oddalasz „bipa” mniej. A jak zadzwoni telefon, to rozlega się zwykły dzwonek i wtedy odbierasz, proste i genialne w swojej prostocie. Wyobraźcie sobie teraz, że uruchomię seryjną produkcję, będzie można ściągnąć na swoją komórkę taki programik. Nie trzeba będzie się zastanawiać jaki jest sens naszego istnienia, bo znajdzie się go w try miga na spacerze, albo w drodze po zakupy do hipermarketu. „Bipnie” i teraz na pewno go nie ominiesz! W kolejce do wynalezienia czeka wykrywacz szans jedynych w swoim rodzaju, odkrywacz miłości życia i detektor wiecznego szczęścia. Jeżeli zdecydujesz się na ich przedpremierowe zamówienie w trakcie czytania tego tekstu dostaniesz w prezencie komplet mało używanych noży.

Jeżeli się zastanawiasz o co chodzi, to jesteśmy razem :). Ja też właśnie zacząłem. To chyba odreagowanie po długotrwałym stresie. Ale na poważnie. Jeżeli wierzysz w wykrywacz sensu życia to zgłoś się do mnie proszę, chętnie podam Ci numer konta do wpłat. Jeżeli nie wierzysz to jesteś w błędzie. Trick polega na tym, że masz go wmontowanego na stałe, tylko pewnie rzadko używasz. Ja też momentami zapominam, ostatnio się rozkalibrował, sklejam go teraz trochę.

Ten wykrywacz to pozytywne emocje. Im bliżej jesteś sensu życia tym silniej je odczuwasz, im dalej tym mniej. Gdy robisz coś co daje Ci pozytywne emocje to sobie to zanotuj: co, z kim, kiedy. Po jakimś czasie będziesz mieć solidną listę, która pozwoli w przybliżeniu określić gdzie ten sens jest. Dzięki temu łatwiej będzie podejmować decyzje, w którym kierunku się udać.

Szkoda, że na co dzień słuchamy siebie samych tak mało. Nasz wewnętrzny głosik za często zagłusza kakofonia cywilizacyjna. Gdybym teraz skończył byłbym jak reporter programu „informacyjnego” – zawsze kończą z manierą „ale i tak jest źle”, zauważyliście? To ja skończę jednak na dobrze – słuchaj siebie od dzisiaj. Pamiętaj i zapisuj chwile, gdy czułeś, że żyjesz. Lepszego kompasu na razie nie wymyślili. Bo nie jest Ci potrzebny.

Gdybyś jednak chciał kupić wykrywacz, który zmontowałem, to ja bardzo chętnie się go pozbędę ;).

Kategorie : Misja
mar
01

Wszystko ma znaczenie

Komentarzy (7)

Kilka ważnych cytatów utkwiło mi ostatnio w pamięci i mocno drążyły moją świadomość. Wszystkie razem doprowadziły do jakiegoś ciągu przemyśleń, który nadal nie jest gotowy do dzielenia się ze światem, ale dłużej bez pisania nie pomoże, a tak przynajmniej napiszę co u mnie słychać.

Słowo klucz tego roku – determinacja. Czytałem fajną książkę T.Harv Ekera „Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie”. Fajna, dobrze się czyta, chociaż bardzo dużo nowego tam nie wyczytałem, bo tak naprawdę to w pewnym momencie w nowej książce z zakresu rozwoju osobistego możesz znaleźć mało nowej wiedzy. Fundament tak naprawdę się nie zmienia. Tutaj ten mały kawałek, który znalazłem dla siebie uruchomił ciekawy proces. Teza z ksiązki – musisz być zdeterminowany, żeby być bogatym, inaczej nie będziesz. Determinacja. Zadałem sobie pytanie jak bardzo ja jestem zdeterminowany do tego, żeby zrealizować moje cele? Co pokazuje, że jestem zdeterminowany? Co robię takiego, co za tym świadczy?

Teraz czas na oburzenie dla „bardziej uduchowionych” – Bogactwo! Kolejny materialista! Spieszę uspokoić – myślałem raczej o wolności. Ale nie ukrywam, że odpowiedni poziom finansowy ma tutaj spore znaczenie. Wracając po chwili oburzenia do determinacji. Na ile jesteś zdeterminowany do osiągania swoich celów? Co jesteś gotów dla nich poświęcić? Co robisz w tym kierunku? Bardzo mocne pytania. Miałem nad czym myśleć. Nadal mam. Traktuję „determinację” jako rodzaj kompasu – czy jestem na właściwej drodze, czy nie obijam się za bardzo, czy nie odpuszczam rzeczy ważnych.

Ciekawe jest też, co znaczy bycie zdeterminowanym. Czy to oznacza, że rzucam siłownię i w tym czasie mocno pracuję? Czy to oznacza, że przestaję robić wszystko, co nie prowadzi bezpośrednio do celu? Czy to oznacza pracę kilkanaście godzin na dobę? Co jeszcze to znaczy? Ile determinacja kosztuje? Co będzie miało sens teraz? Co będzie miało sens za pół roku? A późnie? Co chcę osiągnąc? Co stracę? Czy będę mógł to odzyskać?

Najprostsza recepta: rzuć w cholerę dodatkowe zajęcia i zajmij się tylko kluczowymi projektami i basta! Najlepiej jednym projektem i tylko nad nim pracuj. Wtedy pojawiło mi się kolejne powiedzenie, z którego mocno sam się kiedyś nabijałem „power of and”. Nie chcę rezygnować ze zdrowego trybu życia, chcę ćwiczyć regularnie, dobrze się odżywiać i jednocześnie realizować z sukcesami moje przedsięwzięcia. Tak naprawdę dopiero wtedy udowodnię, że da się zaaplikować to o czym tutaj piszę w rzeczywistości. Bazując na silnych fundamentach zbuduję trwałe rezultaty, inaczej się wypalę (już ćwiczyłem podobne akcje). Tym bardziej, że to za co się zabrałem przyniesie owoce w ciągu kilkunastu miesięcy lub kilku lat, nie od razu.
Jak to przekłada się na praktykę: trzeba ograniczyć to co się robi do niezbędnego minimum, żeby utrzymać koncentrację, myśląc jednocześnie o przyszłości i ostatecznym celu. Wiem co jest dla mnie ważne teraz i tego nie odpuszczam. Zdrowie jest mi potrzebne teraz i w przyszłości, to jest nienegocjowalne. Z projektów wybrać to co będzie miało największe przełożenie na rezultaty i tam się skupić, żeby zamykać regularnie kolejne etapy. Szukać szans, dźwigni – co pozwoli mi najszybciej i najlepiej pokonać kolejny etap? Kto i co może mi pomóc?

Co jest w tym najtrudniejsze? Strach przed tym, że skoro się ograniczę do mniejszej liczby rzeczy to moje szanse sukcesu maleją! Przecież zawsze słyszałem – zdywersyfikuj ryzyko! A tutaj trzeba grać va banque. Drugi element to ciągłe operowanie daleko poza strefą komfortu, prawie na granicy paniki, albo czasem nawet i za nią! Styczeń to była dla mnie kumulacja działania w strefie paniki. Ciekawe uczucie, niekoniecznie chciałbym je często powtarzać, ale tak naprawdę jest rozwojowe ;). Jak się na nie spojrzy z dystansu, niekoniecznie na takie wygląda jak jest się w środku. Znowu to przeczy teorii, która mówi, że trzeba rozsądnie dawkować wysiłek. Tutaj też trzeba się zastanowić jak poukładać całość, żeby jednak długotrwale nie odbijało się to na zdrowiu.

Dla podsumowania ostatni cytat, który jest odpowiedzią na pytanie, co jest najważniejsze przy urzeczywistnianiu marzeń? – everything matters! Wszystko jest ważne, nie ma uniwersalnego rozwiązania, jednego punktu, który jest najważniejszy. Ważne ostatecznie będzie wszystko.

Jaki wniosek z tego wszystkiego? Teoria do kosza? Przekonania do kosza? Tak naprawdę to nic nie wiadomo? Tak naprawdę to sam jeszcze nie wiem. Gdybym teraz opisał wam – róbcie tak jak ja to sprzeniewierzyłbym się mojej wartości „odpowiedzialność”. Wiem jedno – warto żyć tak, żeby nawet małymi krokami iść w kierunku realizacji najważniejszych celów, albo nie bójmy się tego słowa – marzeń, bo wtedy dzieją się bardzo ciekawe, dobre rzeczy. Trzeba pilnować się, żeby nie zachłysnąć się swoją „zajebistością”. Tego słowa też się nie bójmy. To co z tego, że realizujesz swoje marzenia – ich urzeczywistnienie to inna sprawa – wymaga pracy i oddania, samo realizowanie tak naprawdę nic nie znaczy – trzeba udowodnić, że potrafisz coś zrobić. To przynajmniej moje przekonanie, może niesłuszne?

Kategorie : Działanie, Osobowość
lut
17

Powerlista

Komentarzy (0)

Każda ważna scena w porządnym filmie ma swój podkład muzyczny. Nie musisz widzieć co się dzieje na ekranie, bo dźwięk czasem mówi więcej. A w połączeniu z tym co się dzieje na ekranie dostajesz pełnię doznań. Wzruszenie, radość, uniesienie, czasem porządny kop motywacji.

Każdy z nas ma też taką muzykę, która „niesie”, daje siłę do działania. „Magicznie” podnosi wiarę we własne siły, dodaje punkty IQ przed egzaminem, pozwala góry przenosić. Sam pamiętam, gdy w przerwach nauki do egzaminów na studia słuchałem „The Offspring”. W słuchawkach z walkman’em (dla młodszych czytelników to taki iPod tyle, że z lat 90-tych i odtwarzający tradycyjne kasety magnetofonowe. Mój był o tyle wybajerzony, że nie trzeba było odwracać kasety ze strony A na stronę B ;) ) wracałem z Biblioteki Narodowej do akademika dodając sobie wiary w pozytywne wyniki :D.

Do tej pory unikam włączania tej muzyki, gdy jadę samochodem, bo noga sama wciska pedał gazu, co jak wiemy jest niebezpieczne i tak robić nie wolno. No może trochę sobie pozwolę czasem an autostradzie, ale tylko troszeczkę ;). Na pewno wiecie, o czym mówię. Na pewno masz taką muzykę, która dodaje mocy.

Postanowiliśmy zorganizować mały plebiscyt dotykający właśnie tego tematu. Na początek idzie muzyka dająca nam staropolskiego „pałeru”, czyli PowerLista. Podziel się utworami, które pozwoliły Ci pokonać największe wyzwania i motywują do działania.

Linki:

O powerliście

Powerlista

Kategorie : Rozwój osobisty
lut
12

Nie poddam się

Komentarzy (4)

Ciekawe :). Buntownicze, ale fajne.

Kategorie : 5 minut
lut
10

Moments

Komentarzy (0)

Na reflksję i gorszy humor. Jak jesteś na maxa nakręcony na działanie to obejrzyj innym razem, bo zmienia tempo na dużo bardziej “flow with life” ;)

Kategorie : 5 minut

Chyba nazwę serię wpisów „Łaziło mi po głowie” ;). Jeżeli dobrze sobie przypominam, to kilka właśnie tak się zaczyna. Wpadło mi coś do głowy i nie mogłem się od tego uwolnić. Mianowicie zastanawiałem się nad tym jak bardzo niektóre powiedzenia i zakorzenione „mądrości ludowe” mogą być mylące i czasem totalnie od czapy. Tym razem na warsztat poszło „Pieniądze szczęścia nie dają”.

Spuśmy analityka ze smyczy na początek. Co za bezsensowne stwierdzenie. Taki samo ma sens jak tytuł tego wpisu. Ile razy w życiu oddychanie dało Ci szczęście? Oddychasz bo bez tego przestaniesz żyć. Szczęścia samo w sobie to na pewno Ci nie da. Krew szczęścia nie daje. Tak samo, potrzebujesz jej do życia, ale raczej rzadko powiesz „Ile szczęścia dało mi to, że mój mięsień sercowy pompuje moją krew w tętnice.” Jakoś nie przychodzi nam do głowy łączyć jednego z drugim.

Dzieje się trochę gorsza rzecz przy interpretacji tego stwierdzenia, które jednak mądrość w sobie zawiera. Jakie jest twoje pierwsze skojarzenie? Jeden z ciągów skojarzeń: Pieniądze szczęścia NIE DAJĄ! Aha, czyli pieniądze to NIESZCZĘŚCIE! A skoro pieniądze to nieszczęście to są ZŁE! Wynik – Pieniądze są złe. To ekstremum, ale patrząc na całe spektrum raczej pieniądze rzadko są kojarzone ze szczęściem.

Może i słusznie. Kto tam wie. Moim skromnym zdaniem to wielkie nieporozumienie dookoła pieniędzy bierze się z emocji, które się z nimi wiążą. Jak zwrócił mi uwagę znajomy (dzięki Marcin) to w Biblii nie pisze, że pieniądze są złe. Pisze, że „miłość do pieniędzy jest zła”. To trochę zmienia punkt widzenia. Uproszczenia tłumaczenia i interpretacji powodują, że zaczynamy myśleć o pieniądzach w trochę dziwny sposób. Przyznaję, że sam nie byłem ani nie jestem wyjątkiem. Doświadczenia ostatniego roku dały mi inne perspektywy patrzenia na to, czym waluta faktycznie jest i może być.

Wynik: zakochałem się w pieniądzach! Zaraz, chwilunia, to jak to z tą miłością do pieniędzy? No bynajmniej nie uchylam się od mądrości biblijnych. Moje zakochanie jest podobnej natury co mój podziw dla koła, energii elektrycznej, komputerów czy druku. Pieniądze są genialnym wynalazkiem, świetnym narzędziem ułatwiającym życie. Pozwalającym na robienie bardzo fajnych rzeczy i unikanie konfliktów. Pod warunkiem, że traktujesz je zgodnie z ich przeznaczeniem.

Pieniądze wymyślono, żeby ułatwić wymianę handlową w bardziej zorganizowanych społecznościach. Barter przestał pełnić swoją funkcję, gdy pojawiła się specjalizacja wśród ludzi. Trzeba było znaleźć inny sposób wymianę i rozwój. Pojawiły się pieniądze! Dzięki nim można było rozwijać się dalej. U podstawy pieniędzy stało zaufanie, umowa pomiędzy ludźmi, że za papierki, kawałki płótna czy muszelki, a teraz świstki papieru i kawałki metalu możesz nabyć usługi i produkty. Teraz już nawet papieru i metalu jest coraz mniej, wszystko istnieje elektronicznie. Pieniądze to nic więcej jak narzędzie. Niesamowite, bo bardzo uniwersalne, ale po prostu narzędzie. Genialne i dające niesamowite możliwości, pewnie dlatego tak często budzi różne emocje.

Genialność pieniędzy polega jeszcze na tym, że są świetną miarą wartości tego co tworzysz, wymyślasz, produkujesz. Reklama z kartą kredytową i zakupami za rózne kwoty i uczuciem bezcenne to już klasyk. Świetna, bo trafia w sedno tego czym jest plastik, którym się posługujesz i jednocześnie pokazuje, o co tak naprawdę chodzi. Tworzyć bezcenne uczucia, wrażenia i wspomnienia. Ale do ich wytworzenia potrzebne są jakieś konkretne mierzalne i namacalne zasoby. Bezcenne wrażenia uzyskuje się dlatego, że ktoś gotów jest za nie ponieść jakiś koszt (niekoniecznie w formie pieniężnej).

Miałem kilka takich sytuacji w ciągu ostatnich miesięcy, a pojawiają się one coraz częściej, gdy chcesz zrealizować jakiś pomysł. Poszczególne osoby mogą włożyć w ten pomysł różne dobra pracę, know-how, pieniądze, dostęp do klienta. W jaki sposób podzielisz spółkę? Każdemu po równo? Jak policzyć wkład każdego z tych elementów i jego wartość? Jaka jest wartość danego składnika teraz, a jaka będzie za kilka lat? Jakie ryzyko ponosi każdy z uczestników? Ćwiczenie nie jest proste. Jeżeli zależy Ci na dobrych relacjach to najlepiej sprowadzić rozmowę do kwestii pieniędzy. Przeliczenia każdego ze składników, ich zmiany w czasie, wartości itd, tak, żeby ostatecznie wypracować rozwiązanie, w którym każdy z uczestników będzie się czuł zadowolony. Win-win or no deal.

Nie wyobrażam sobie, ze może być lepsze rozwiązanie. Teksty w stylu „jakoś się dogadamy”, „przecież jesteśmy przyjaciółmi i dorosłymi ludźmi” prowadzą później do dużo głębszych nieporozumień. Na co to komu? Powołując się na mądre słowa dziadka Uli „chce miec spokojny sen i szczesliwa rodzine, przyjaciol wokolo”. Szczególnie jeżeli chodzi o budowanie wartości, która ma trwać latami.

Podsumowując jakoś temat. Miłość do pieniędzy to trochę jak miłość do młotka. Też genialne narzędzie, miłość to piękne uczucie, ale połączenie obu już jakoś niespecjalnie pasuje ;), pomimo tego, że młotki przyczyniły i przyczyniają się do powstania wielu pięknych rzeczy, które nas otaczają. Szczęście to stan, nie ma co go uzależniać od posiadania lub nieposiadania pieniędzy. Szczęśliwy możesz być zawsze. Pieniądze są super, bo dają możliwości. Możliwości z kolei możesz przekuć na cokolwiek sobie wymyślisz.

Gdybym miał coś zapamiętać dla siebie to ująłbym to tak: „Pieniądze szczęścia mogą nie dawać. Dawanie szczęścia innym ma spore szanse dać pieniądze Tobie.”

Kategorie : Działanie, Misja
sty
26

Trudne pytania

Komentarzy (11)

W zeszłym miesiącu miałem dyskusję z Wiktorią (4,5 roku). Wracaliśmy do domu samochodem. I rozmawialiśmy o tym skąd się biorą ludzie. Tak dotarliśmy do moich rodziców i dziadków. Opowiedziałem jej o mojej babci, po której Wiktoria ma imię. Wiktoria spytała:
- Gdzie ona teraz jest? – Odpowiedziałem, że umarła.
- Czy wszyscy ludzie umierają?
- Tak.
- Czy ja też umrę?
Jak byście odpowiedzieli na to dziecku? Waszemu dziecku?
- Kochanie jesteś jeszcze mała masz dużo czasu. Nie martw się tym.
- Ja nie chcę umierać! – i zapłakała. Spytała po chwili:
- A co się dzieje z ludźmi po tym jak umierają?
A ja nie wiedziałem co odpowiedzieć. „Zasypiają i kiedyś wszyscy spotkają się razem”. Nie potrafiłem wytłumaczyć tego inaczej dziecku. Bo sam nie mam odpowiedzi.

Bardzo łatwo mówi się o byciu ateistą, agnostykiem i bóg wie jeszcze czym gdy się po prostu gada z dorosłymi. W zetknięciu z dzieckiem wyjaśnienie tego staje się trudniejsze. Mam dziwne odczucie, że bardziej prawdziwe.

Jak byś odpowiedział na te pytania dziecku?

Kategorie : Misja
sty
13

Ogrodnik swojego losu

Komentarzy (9)

Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pomysł na artykuł o kowalu swojego losu. O tym jak kowal pracuje z żelazem. Jak rozgrzewa je, kuje gorące, później chłodzi, znowu rozgrzewa zmieniając twardy materiał w coś plastycznego, co można przekształcać w cokolwiek tylko chcesz. Pod warunkiem, że wiesz jak to robić. Nie walisz „na pałę” cały czas, tylko dajesz czas na odpoczęcie materiału, rozgrzewając, chłodząc i składając doprowadzasz do stanu, w którym zmienia swoje właściwości i możesz na nim pracować dalej. Wydawało mi się wtedy, że tak właśnie pracuje się ze swoim życiem. Od Ciebie zależy czy wszystko pójdzie ok., czy coś skopiesz. To Ty dzierżysz młot (bez sierpa) i jesteś Panem Stworzenia. No ale…

Doszedłem do wniosku, że to bardzo kusząca i budująca ego metafora, ale mało jednak trafiona. Bo w przypadku kowala kontroluje on większość czynników sukcesu przedsięwzięcia, podczas, gdy tak naprawdę w życiu bezpośrednio od nas nie zależy praktycznie nic! Masz wątpliwości? To wyjdź w pogodną noc w miejsce skąd zobaczysz gwiazdy i się zastanów jak wielkie znaczenie masz dla wszechświata. Ja tam zawsze przy takim eksperymencie nabierałem pokory, chociaż od ładnych kilku (kilkunastu?) lat go nie uprawiałem.

Ale jak się to ma do proaktywności? I tego, ze przecież ode mnie zależy moje życie? No i tutaj pojawia się ogrodnik. Uprawia ogród troszcząc się o niego najlepiej jak potrafi. Sadzi potrzebne rośliny, pieli chwasty, chroni przed szkodnikami wszelakiej maści, usuwa uschłe gałęzie, podpiera drzewa przechylone przez wiatr. Według swojej najlepszej wiedzy nawozi, podlewa i dogląda całości. Wstaje wcześnie, kładzie się spać późno, żeby jego ogród kwitł i rozwijał się. Od czasu do czasu jakaś roślina żółknie, liście się zwijają, marnieje w oczach. Wtedy ogrodnik siedzi z nosem w książkach, pyta znajomych, ekspertów co może być przyczyną, co robić. Szuka rozwiązań i czasem znajduje. A czasem nie. Roślina usycha, sadzi na jej miejsce nową, a przy kolejnej podobnej przygodzie udaje mu się ją uratować. Czasem pojawiają się burze strząsając owoce, czasem grad uszkadzając je. Czasem mrozy niszcząc kwiaty, a tym samym owoce. Ogrodnik w tym sezonie nic nie zyska, albo bardzo mało.

Jak wpływ na plony ma ogrodnik? Jaki wpływ na wygląd ogrodu? Co może zrobić z pogodą? Co może zrobić z chorobami i innymi przypadkami losowymi? Jak to jest, że na dwóch sąsiadujących ze sobą polach jeden zbiera plon, a drugi nie?

Tak naprawdę nasz ogrodnik ma wpływ tylko na to co sam robi i co wie. Nigdy nie wie jaki i kiedy efekt uzyska. Pewna jest praca, jej wynik niekoniecznie. Z czasem jednak ogrodnik nabiera doświadczenia i lepiej radzi sobie z chorobami drzew, ze szkodnikami. Nie kontroluje wszystkiego, akceptuje, że na żywioły nie ma rady, tak jak nie ma rady na cykl pór roku. To zasady, których negowanie byłoby bez sensu. To co może robić to maksymalizować szanse swojego sukcesu przez systematyczną pracę, zdobywanie wiedzy i cierpliwość.

To wg. mnie lepsza metafora życia. Nie możemy być pewni co, kiedy się wydarzy. Możemy tylko wybrać działanie i zaakceptować jego konsekwencje. Im lepiej będziemy rozumieć system, w którym żyjemy i działamy tym większa będzie nasza zdolność przewidywania tego co się stanie. Im większa nasza wiedza, doświadczenie i umiejętności tym większe szanse na sukces. Ale bez żadnej gwarancji. Może się okazać, że nie rozumiesz kontekstu, w którym działasz, wtedy zachowujesz się jak ogrodnik negujący pory roku, im bardziej się buntujesz tym bardziej nie wychodzi. Masz szansę, pod warunkiem, że zrozumiesz w jaką grę grasz.

Uświadomienie sobie faktu jak mało do Ciebie zależy jest przygnębiające, czy wprost przeciwnie? Mnie uspokoiło. Wiem, że zrozumienie systemu to podstawa, umiejętności da się zdobyć, wiedzę też, doświadczenie przychodzi. Mam wpływ na to co robię. I na tym warto się skupić – na działaniu. Plon się pojawi.

Kategorie : Działanie, Misja
sty
11

Rozcieńczanie doznań

Komentarzy (6)

Słyszałem taki dowcip o potrawce, którą robiono z koniny i kurczaka. Kucharz zapytany o proporcje tego dania odparł „Pół na pół. Pół konia, pół kurczaka.” Nie jadłem, więc o smaku nie będę nic pisał, skupię się raczej na aspekcie proporcji. Może tytuł powinien brzmieć „łyżka miodu w beczce dziegciu”? O co mi chodzi?

Jak wygląda przeciętny nasz dzień. Uogólniam jak zwykle, ale niech tam. To jeszcze nie blog naukowy. Czyli jak wygląda mój dzień uogólniony na całą populację? Zazwyczaj zabiegany. Dużo się dzieje, dużo do zrobienia. Dużo na dziś, jeszcze więcej na wczoraj, a jutro też się wciska do dzisiaj z każdego miejsca. Presja na to, żeby efektywnie, a nawet bardzo efektywnie wykorzystać czas nie maleje. A wprost przeciwnie z dnia na dzień staje się większa. W pewnym momencie nawet nie wiesz, czy ona rzeczywiście istnieje, czy to po prostu „ślad pamięciowy” w twoim mózgu z automatu narzuca „masz mało czasu, rób więcej rzeczy na raz!”.

Jeżeli tak nie masz to koniecznie napisz. Próbuję się nauczyć jak sobie ten „drive” do działania odrobinę stonować. Jeżeli masz to będzie łatwiej się nam zrozumieć. Wracając do meritum. W takim stanie znajdujesz fajną książkę, artykuł albo przychodzi Ci ochota do rozmowy z kimś bliskim. Ponieważ na świecie dzieje się jednocześnie tyle ważnych spraw to w tle koniecznie musi ujadać radio, telewizor albo cokolwiek innego. Przecież spokojnie można czytać i słuchać jednocześnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy przegapi się Niezwykle Ważną Wiadomość O Czymś Co Odmieni Twoje Życie. Macie tak?

Zauważyłem, że mam problem z byciem „tu i teraz”. Zazwyczaj myślę już o tysiącu spraw, które mam do załatwienia, planuję na lata do przodu. Bawię się z dziećmi, a w duchu wymyśliłem właśnie kilka kolejnych narzędzi do szkoleń, albo strategię marketingową firmy. Jak bardzo nonsensowne to jest zachowanie! Niby efektywne, bo przecież robię co najmniej 2 rzeczy jednocześnie. A tak naprawdę to jest marnowanie czasu w czystej postaci! Ani dzieci nie są zadowolone, bo tak naprawdę to mnie nie ma, ani ja – bo nie mogę się skupić na tym za czym właśnie powędrowały moje myśli!

Zacząłem się zastanawiać nad tematem i doszedłem do wniosku, że warto na poważnie wrócić do medytacji. Dotarło do mnie, że chcę zyskać umiejętność maksymalnej koncentracji na „tu i teraz”. Nierozproszonej przez niecierpliwość, niepokój, rozdrażnienie. To nie tylko pozwala na pełniejsze przeżywanie wszystkiego, co mnie spotyka, ale poważnie redukuje stres i agresję. Do tego dodałem zasadę „rób to na co masz ochotę” (o tym napiszę trochę później) i ograniczenie do minimum rzeczy ważnych. Pierwsze efekty już są. Czuję się dużo lepiej, polecam rozważyć nadanie priorytetu zabawie „tu i teraz”. No ale oprócz efektywności jest jeszcze inny aspekt – jakość życia.

Może to już przyzwyczajenie, ale mam wrażenie, że otoczenie działa właśnie w taki sposób – powoli uczy Cię mieszać różne smaki, dźwięki, wrażenie w niestrawną papkę. Taki silny wniosek i motyw do przemyśleń pojawił się na koncercie Bajmu, na który poszliśmy z Kariną. Ponieważ siedząc w kongresowej nie miałem ze sobą laptopa, długopisu ani kartek ;) mogłem skupić się na muzyce i koncercie. I ze zdziwieniem zauważyłem, że zazwyczaj nie słucham tak muzyki! Nagle zacząłem słyszeć więcej, czuć więcej, zastanawiać się nad tekstem, interpretować, zanurzać się w dźwięki i wrażenia. Po prostu być tu i teraz.

Pojawiło mi się pytanie „Kiedy ostatnio mogłem skupić się na 1 rzeczy bez obawy, że zaraz wyskoczy mi coś kolejnego?”. Kiedy czytałem książkę skupiają się tylko na niej, dając sobie czas na jej „przetrawienie” do głębi, a nie przełożenie na coś praktycznego? Jakoś na studiach chłonąłem tony fantastyki, a teraz ta pasja zniknęła. Kolejne pytania: Co mnie powstrzymuje, żeby do tego wrócić? Odpowiedź nie była specjalnie zaskakująca – ja sam. Szkoda mi czasu! No rany boskie, genialne po prostu genialne. Oddychanie na szczęście jest odruchem bezwarunkowym, bo znając siebie też bym pewnie odłożył „na później” bo nic nie wnosi do moich projektów ;).

Net – Pomysł na relaksacje, medytacje i skupianie się na jednej rzeczy i nabywanie tego nawyku (nie mam go, bo w trakcie pisania tego postu sprawdziłem maila, plus jest taki, że zauważam jak zaczynam robić takie rzeczy) wynika z mojej obserwacji siebie i silnego uświadomienia sobie, że bez skupienia się na tym czym aktualnie się zajmuje tak naprawdę to: obniżam jakość mojego życia, zadowolenie z niego, zmniejszam moją efektywność (mimo wszystko to dla mnie ważna miara).

Nawet krótki czas (teraz około 3 tygodni) świadomego skupienia na wdrażaniu opisanych powyżej sposobów daje zauważalne wyniki. Warto rozważyć ten temat, szczególnie jeżeli dużo dzieje się w Twoim życiu. Koncentracja i sprawnie funkcjonująca mózgownica na 100% będzie Ci potrzebna.

Na koniec mały test na skupienie na jednej rzeczy: ile okienek masz jednocześnie otwartych na swoim kompie? W czym to Ci pomaga? Potrzebujesz ich w tym momencie?

Mój wynik teraz:7 + 5 katalogów. Tragedia :(. Na szczęście tylko Outlook mnie przyciągnął do siebie :), Do napisania tego postu potrzebowałem tak naprawdę 2: word’a i odtwarzacza z muzyką. Czyli Wskaźnik Przeładowania Okienkami (WPO) = Otwarte (12)/Potrzebne(2) = 600%. I tym samym zakończyłem bardzo naukowo. Oczywiście dążyć należy do wskaźnika WPO=100%. A jak wygląda Twój WPO? ;)

Kategorie : Działanie, Osobowość

Czas zacząć :). Niektórzy już zaczęli i Dzienniki Wojenne się zapełniają.
Zasady takie same jak do tej pory. Postanawiasz coś, opisujesz to w Dzienniku Wojennym i razem z nami uczysz się jak postanowień dotrzymywać :D.

Dla stałych bywalców wszystko jasne. Nowych bywalców ;) zapraszam na stronę Postanowienia Noworoczne . Tam znajdziecie to co trzeba.

Zatem do dzieła. “Losers make promises. Winners make commitments!”. Zakładam, że chcemy się zaliczać do tej drugiej grupy ;).

Kategorie : Działanie, Planowanie